18.05.26 na Cmentarzu Południowym w Antoniowie Najbliżsi i Dobrzy Znajomi sprzed lat pożegnali Panią Zofię Lewandowską (92), Panią inżynier melioracji, Absolwentkę SGGW… Pani Zofia żyła po swojemu, bywała ekscentryczna i miała swój charakter. Niżej Mowa Pożegnalna, którą napisałem i przedstawiłem podczas Ceremonii.
Trzymam w ręku nekrolog, który wyciąłem z piątkowej Gazety Wyborczej. Zmarła Zofia Lewandowska… Informacja, sucha. I dobrze, taka jest rola nekrologów: przekazać informacje, że ktoś odszedł i jak można się z nim pożegnać. Ale zastanawiałem się dlaczego to tylko informacja bez żadnego opisu Zmarłej, jakiejś charakterystyki… i kiedy później rozmawiałem z Najbliższymi pani Zofii, zrozumiałem… Nie dałoby się jej opisać kilkoma słowami… czyli taki pełny nekrolog zająłby całą jedną stronę gazety… bo pani Zofia to była osobowość, była wyrazistym człowiekiem przez całe swoje życie. Właśnie, jaka była pani Zofia? Była z tych ludzi, którzy nie pytają świata o pozwolenie na istnienie. Po prostu żyją. Mocno. Uparcie. Po swojemu. Najbliżsi mówią – była kierowniczką w domu i nie tylko, ale wszystkich bliskich hołubiła i kochała… Mieszkała na Stegnach z mężem Władysławem, którego pochowała 3 lata temu, a przeżyli razem 69 lat… i z wnuczką Olą.
Pani Zofia żyła po swojemu, była uparta i to upór – ten sam, który prowadził ją przez całe życie – zaprowadził ją także do jego kresu. To było półtora roku temu. Chciała iść sama do banku. Z chodzikiem. Bez pomocy. Upadła. Ale w wyniku upadku złamała kość ramienną, co znacząco pogorszyło stan jej zdrowia. Można powiedzieć: nieszczęśliwy wypadek. Ale można też powiedzieć: ostatni gest wolności. Od tego momentu praktycznie nie opuszczała łóżka. Była pod stałą opieką, ale stan jej zdrowia pogarszał się, a w ostatnich dniach życia, praktycznie i świadomie (?) żegnała się z życiem. Nie komunikowała się z otoczeniem. Odmawiała pokarmów, ale robiła to w swoim stylu, z szelmowskim uśmiechem? Była sobą do końca. Umarła we śnie.
Pani Zofia Lewandowska była inżynierem melioracji, absolwentką SGGW i całe swoje życie przepracowała w tym zawodzie. Lubiła swoją pracę i była praktykiem, często pracowała w terenie. Wojewódzkie Biuro Projektów Wodnych Melioracji – jedno miejsce pracy, przez całe, zawodowe życie. Tam przeszła całą zawodową karierę od asystenta projektów do projektanta, starszego projektanta, aż do weryfikatora projektów… Ale ta praca i to jedno biuro, to było coś więcej… Tam pani Zofia poznała swojego męża Władysława. Tam także zawiązał się pewien wręcz magiczny krąg znajomych, później małżeństw, przyjaciół na całe życie… w swoim towarzystwie czuli się bezpiecznie, przyjemnie i spokojnie…Wszystko robili razem. Państwo Lewandowscy, Gniadzikowie, Mikulscy, Fedorowiczowie, państwo Kramerowie, Kolasińscy i Sokołowscy… towarzysko-melioracyjny krąg, wspólnie spędzany czas, razem wychowywane dzieci, spotkania i imprezy towarzyskie, u siebie i u znajomych, zawsze razem… dziś? Nie do pomyślenia, a wtedy tak właśnie się żyło i Pani Zofia lubiła takie życie.
Kochała tańczyć, razem z mężem Władysławem chodzili na potańcówki i nie raz byli królową i królem parkietu…
Była świetną kucharką, choć do gotowania miała specyficzny stosunek i chyba nie do końca lubiła to robić, ale zawsze pilnowała, aby nikt wokół niej nie był głodny. Miała na to swoje sposoby, potrafiła niepostrzeżenie napełniać talerze gości, a że nikt nie miał odwagi odmówić – bo Pani Zofia nie tolerowała sprzeciwów – skutecznie porozciągała żołądki najbliższym… ale nikt nie miał jej tego za złe.
Pani Zofia potrafiła być bardzo oszczędna, ale umiała się dzielić tym, czym dysponowała. Potrafiła żyć skutecznie, ale też zawsze wiedziała, że inwestycje w sprawy niematerialne, nieoczywiste są na wagę złota. Na przykład w podróże, a było ich całkiem sporo. Rodzinna pamięć państwa Lewandowskich przechowuje pierwszą wyprawę zagraniczną nowo zakupioną Syreną 101 do Jugosławii, pod namiot, oczywiście… Pani Zofia, Pan Władysław, Ania i Maciek… Dziś nawet nie możemy wyobrazić sobie jaka to była wyprawa! 64 rok, a tak, jakby to było wczoraj…
To zapytajmy jeszcze raz: jaka była Pani Zofia?
Tak, była uparta, ale była też ciepła, mądra, dobra i miała pomysły i poczucie humoru… i, jak podkreśla jej wnuczka Dominika była ekscentryczna… potrafiła kupować różne, dziwne rzeczy i zachwycać się nimi… na przykład kupowała jakieś obrazy, bo podobały jej się ramy tych obrazów, albo szklaną głowę do peruk… Pani Zofia dużo czytała, uwielbiała sudoku, rozwiązywała krzyżówki, jolki i była w tym dobra. I zawsze była na bieżąco. Miała też swoje dziwactwa, na przykład uwielbiała zapach spalin samochodowych, ale jeżdżąc samochodem nie lubiła skręcać w lewo.
Nie zgadzała się na starość. Nie godziła się na ograniczenia. Nie chciała, by świat mówił jej: „już nie możesz”. Odpowiadała na to swoim charakterystycznym, może trochę figlarnym, może trochę przekornym uśmiechem. Nie umiała się pogodzić, że odchodzą na zawsze jej przyjaciele i znajomi… Chciała zawsze być młodą dziewczyną… W pewien sposób – szlachetny – zazdrościła swojej wnuczce Dominice i prawnuczkom czasu który jest przed nimi…
Ale na koniec tej opowieści jeszcze… słowo o „Tereni”, działce Pani Zofii i Pana Władysława, pod Podkową Leśną… to spadek po rodzicach Pani Zofii… i na tej działce stanął barakowóz, Zofia i Władek założyli tam sad: jabłka, śliwki, orzechy włoskie… i w tych spartańskich warunkach, w których spędzali czas… na pewno byli szczęśliwi…
Żegnamy Panią Zofię, ale razem z nią żegnamy pewną epokę, pewien świat… żegnamy pewne pokolenie.
Historycy mówią o nim – pokolenie powojenne, albo pokolenie odbudowy… Pokolenie, które budowało, pracowało i trwało.
I miało ogromny apetyt na życie, często wbrew wszystkiemu.
To był świat ludzi wiernych – pracy, małżeństwu, przyjaźni.
Świat, w którym jedno miejsce pracy mogło być całym zawodowym życiem. W którym jedno małżeństwo mogło trwać sześćdziesiąt dziewięć lat. W którym przyjaciele byli naprawdę „na całe życie”.
I to nie był świat łatwy. To był świat budowany na ruinach.
Pokolenie pani Zofii nie miało luksusu narzekania.
Musiało odbudowywać.
Domy. Drogi. Krajobrazy.
A przede wszystkim — sens.
Dlatego dziś nie tylko żegnamy panią Zofię.
Ale też dziękujemy jej.
Za upór.
Za ciepło.
Za ekscentryczność.
Za obrazy kupowane dla ram.
Za niechęć do skręcania w lewo.
Za wszystkie te drobne osobliwości, które czynią człowieka niepowtarzalnym.
Bo człowiek nie staje się wielki przez doskonałość.
Staje się wielki przez swoją niepowtarzalność.
I właśnie niepowtarzalna była pani Zofia.
Wspominając Panią Zofię, mówiliśmy, że była typem kierowniczki i wszystko chciała mieć pod kontrolą… i że potrafiła być w tym nieustępliwa. Do tego stopnia, że tę Ceremonię także zaplanowała.
Ponad półtora roku temu, wręczyła synowi Maciejowi instrukcję z wyraźnym opisem… jak ma to wyglądać. Podczas wyprowadzenia Urny ma zaśpiewać Louis Armstrong, a kondukt ma iść w rytm „Bolero” Ravela… Za chwilę usłyszymy tę muzykę.
I może właśnie ona powie najlepiej to, czego słowa nie potrafią: że życie, choć kruche, było piękne; że przemija, ale nie znika; że zostaje w nas – w naszych krokach, w naszej pamięci, w naszej wdzięczności.…
Powstańmy.
Powstańmy, by uznać życie. To, które było udziałem Pani Zofii.
Cześć Jej Pamięci!

