Zmarły Zenon Beim i Mistrz Ceremonii

Zenon Beim. Mowa Pożegnalna

28.04.26 na Cmentarzu Parafialnym w Legionowie Najbliżsi, była żona Lidia i Agnieszka i Iwona – córki z rodzinami, a także dalsza rodzina i znajomi pożegnali Zenona Beima, człowieka nietuzinkowego, pełnego sprzeczności, ale prawdziwego. Niżej Mowa Pożegnalna, którą wygłosiłem podczas prowadzonej przeze mnie Ceremonii…

Zenon Beim… przeżył 78 lat. Odszedł po długiej, 12-letniej walce z chorobą nowotworową. Na końcu jego życia pojawiło się zapalenie płuc. Bał się bólu, ale można powiedzieć, że odszedł spokojniej, niż się tego obawiał. 

Te zdania są proste, niemal obojętne. A jednak za nimi kryje się całe życie – niejednoznaczne, poplątane, pełne sprzeczności. I nie będziemy udawać, że jego życie było łatwe, ani dobre w prostym znaczeniu tego słowa. Był czas, kiedy ranił tych, którzy byli najbliżej. Był czas słabości i ucieczki od samego siebie. To także jest prawda o człowieku.

Bo Zenon był człowiekiem dwóch żyć. Tego sprzed choroby i tego, które przyszło później.

Z zawodu był mechanikiem – niezwykle zdolnym, z prawdziwym talentem do naprawiania wszystkiego, od najmniejszych rzeczy po duże maszyny. Miał fach w ręku i ogromny potencjał, o którym sam pod koniec życia mówił z żalem do swojej córki: „Boże, Iwona, jak ja chciałbym cofnąć czas… Przecież miałem taki fach w ręku. Żylibyśmy ponad stan. A wy miałybyście wszystko”.

Był człowiekiem inteligentnym, z ponadprzeciętną wiedzą – szczególnie w dziedzinie historii i matematyki. Miał poczucie humoru, lubił się śmiać, tańczyć, wspominać. Potrafił opowiadać historie – czasem zabawne, czasem absurdalne – jak choćby tę o przejściu z przyjaciółmi bez ubrań…   przez rzekę Elbląg.

Kochał sport. Przed telewizorem przeżywał wszystko – skakał razem z Adamem Małyszem, biegał z Justyną Kowalczyk, a największą pasją była dla niego siatkówka. Oglądał każdy mecz reprezentacji Polski. I bardzo się cieszył, że obaj Jego zięciowie to chłopaki z Powiśla, przecież Legia Warszawa i Olimpia Elbląg to kluby trzymające sztamę…

A jednak przyszło drugie życie. 

Przyszła choroba. Długa, nieubłagana. Choroba, która odbierała siły, ale czasem przywracała spojrzenie. W jej cieniu Zenon zobaczył to, co wcześniej było poza zasięgiem: innych ludzi. Swoje córki i kobietę, z którą kiedyś dzielił życie. Choroba, paradoksalnie, zbliżyła go do tych, od których kiedyś  się oddalił. Chciał naprawić relacje. Stał się bardziej pokorny, wdzięczny, nie chciał już nikomu sprawiać problemów.

Najbliżej była jego córka Iwona – ukochana „Żaba”. To ona była z nim do końca. To ona walczyła o jego zdrowie, nawet o jego nogę, gdy groziła mu amputacja. To był ogromny, codzienny wysiłek – ale dla niej był po prostu ojcem, którego kochała mimo wszystko. 

Przy nim była także jego była żona Lidia – człowiek o wielkim sercu. Mimo przeszłości przyjęła go do swojego domu w Legionowie w ostatnich miesiącach jego życia, a potem towarzyszyła mu dalej, aż do końca. To wielki gest człowieczeństwa, dobroci i siły.

Dzięki nim – żonie Lidii, córkom Iwonie i  Agnieszce, a zawsze mówił – mam dwie córki  i  ich rodzinom – Zenon nie był sam.

Miał też swoich przyjaciół, których bardzo cenił. Przyjaźń była dla niego ważna.

Pod koniec życia, mimo problemów z chodzeniem, odzyskał trochę radości dzięki elektrycznemu wózkowi inwalidzkiemu, o który dbał jak o największy skarb – w końcu był mechanikiem i wszystko musiało działać jak należy.

To było życie trudne, momentami tragiczne. Ale też życie, w którym pojawiła się szansa na pojednanie.

Dziś spocznie w grobie rodzinnym Lidii. To kolejny wielki gest z jej strony – znak zamknięcia pewnego rozdziału i ostatecznego pojednania.

I to jest moment, w którym córka Iwona kieruje szczególne podziękowania do swojej mamy – Lidii.
Za jej dobroć, serce, siłę i obecność.
Za to, że mimo wszystkiego była przy Zenonie do końca.
Za to, że potrafiła wybaczyć i pomóc wtedy, gdy było to najbardziej potrzebne.

Człowiek odchodzi.
Zostają ci, którzy byli przy nim.
I zostaje pytanie – nie o to, czy życie było doskonałe, ale czy było prawdziwe.

To życie było prawdziwe.

I dlatego dziś żegnamy nie tylko człowieka, który odszedł, ale także drogę, którą przeszedł – z jej ciężarem, jej błędami i jej cichym pojednaniem na końcu. 

A teraz oddajmy głos Zenonowi… 

Żegnam Cię moja była żono Lidziu, i dziękuję za wielkie serce, pomoc, wsparcie i za to, że byłaś obok w tak trudnym czasie, oraz za rybę w galarecie w Święta.

Żegnam Cię Agnieszko i Twoją rodzinę i dziękuję za wszystko…

Żegnam Cię moja ukochana Córko Iwono, Żabo… i Twoją  rodzinę… i  bardzo dziękuję za wszystko…

Żegnam Was moje Wnuki – Marto, Bartku, Majeczko i Stachu…  

Żegnam Cię Siostro  Grażynko i dziękuję  za rozmowy telefoniczne, ale nie te w czasie meczy siatkarskich,  i za  wsparcie,  czasem otwarcie oczu, na nie które sytuacje czy zdarzenia.

Żegnam Cię Szwagrze Januszu i dziękuję  za dowcipy i kawały.

Żegnam Cię Asiu i Twoją rodzinę i dziękuję  za pomoc i wsparcie (a  w szczególności za pomoc w zakupie wózka inwalidzkiego, który na nowo dał mi wolność).

Żegnam Was moi Przyjaciele Andrzeju i Jerzy i dziękuję za pomoc, wsparcie i wspólne oglądanie meczów siatkówki.

Żegnam Cię Elu i dziękuję  za wiele wspólnie wypitych kaw  i zjedzonych słodkości.

Żegnajcie, Kochani!!!