Pogrzeb Tadeusza Simka

Tadeusz Simka. Mowa Pożegnalna

W pełnym słońcu i upale, na Cmentarzu Parafialnym w Legionowie, w poniedziałek 29.06.26,  Najbliżsi pożegnali Tadeusza Simkę (79), całe życie budowlańca, Ślązaka, który za miłością przyjechał do Warszawy. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem i przedstawiłem podczas pogrzebu.

Szanowni Państwo, żegnamy pana Tadeusza Simkę, który przeżył 79 lat. Witam Państwa, uczestników tej Ceremonii. Witam synów Michała z żoną Beatą i córką Paulą, i Adama z panią Andżeliką, synem Radosławem i córkę Agnieszkę z córką Klaudią z rodziną… z prawnukami zmarłego Łucją, Anastazją i Erykiem…

Witam pozostałych…

Są takie życia, których nie da się opowiedzieć jednym słowem. Nie wystarczy powiedzieć: było dobre. Nie wystarczy powiedzieć: było trudne. Nie wystarczy nawet powiedzieć: było szczęśliwe albo przegrane.

Życie Pana Tadeusza wymyka się takim prostym ocenom.

Bo człowiek nigdy nie jest jedną historią.

Był budowlańcem, prowadził budowy. To słowo znaczy więcej, niż mogłoby się wydawać. To był jego zawód i pasja. Przez całe życie stawiał budynki, nadzorował ich powstawanie, pilnował, aby wszystko było uczciwie i solidnie wykonane. Wiedział, że źle położony fundament prędzej czy później przypomni o sobie. Dlatego nie godził się na fuszerkę. W pracy był wymagający przede wszystkim wobec siebie. A jako cywilny pracownik Wojska Polskiego budował dużo. Duże budynki i domy jednorodzinne. W Warszawie i nie tylko. Beniaminów, Zegrze… chyba trudno byłoby tam znaleźć budynek budowany dla wojska z różnym przeznaczeniem, który powstał bez  nadzoru budowlanego  pana Tadeusza.

A przecież ten sam człowiek nie zawsze potrafił równie mocno budować własny dom.

Tak już bywa z ludźmi. Czasem łatwiej wznieść wielki gmach niż odnaleźć drogę do tych, których kocha się najbardziej.

Pan Tadeusz przyjechał do Warszawy z jednego powodu. Z miłości.

Ślązak z Chorzowa zakochał się w warszawiance. Sześć lat Elżbieta i Tadeusz pisali do siebie listy. A potem przeżyli razem ponad pięćdziesiąt lat. To była decyzja, która odmieniła wszystko. Zostawił rodzinne strony, gwarę – w domu „nie godoł po  ślunsku” –  świat swojego dzieciństwa. Ale nie zostawił tego, kim był. Śląsk nosił w sobie  głęboko, bardziej niż w słowach.

Był człowiekiem swojej epoki.

Wierzył, że obowiązkiem mężczyzny jest pracować. Zarabiać. Zapewnić rodzinie bezpieczeństwo. Pracował więc bez końca. Jedna budowa, druga praca, układanie glazury po godzinach, nauczył się tego i dobrze to robił.

Za tę pracę zapłacił czymś, czego nie da się odzyskać. Czasem.

Bo czasu nie można odłożyć na później.

Nie był człowiekiem doskonałym.

Alkohol towarzyszył mu przez wiele lat, przez całe dorosłe życie. Z papierosami wygrał. Z alkoholem już nie. I nie ma sensu dziś tego przemilczać, bo prawda nie odbiera człowiekowi godności. Przeciwnie. Pozwala zobaczyć go takim, jakim był naprawdę.

Każdy z nas niesie swój ciężar. Jedni potrafią go odłożyć. Inni niosą go aż do końca.

A przecież w tym samym człowieku mieszkało tyle życia. Lubił muzykę. Grał na gitarze. A jeden utwór muzyczny ukochał szczególnie, wrócimy do tego… Uwielbiał spotkania z ludźmi, śmiech, rozmowy. Pani Ela i Pan Tadek chodzili po znajomych w gości i sami ich przyjmowali u siebie. Był gospodarzem, który lubił mieć pełny dom. Interesował się światem, polityką, tym, co dzieje się wokół.  Potrafił żartować.

Paradoksalnie, budowniczy wielkich obiektów nie umiał naprawić domowej klamki. To jego żona Elżbieta radziła sobie z naprawą maszyny do szycia, czy okularów, radziła sobie z nieczynnym kontaktem, z tym wszystkim, co psuje się każdego dnia. Ich małżeństwo było właśnie takie – każde miało swoją stronę świata.

A potem ten świat się skończył.

Po śmierci Pani Elżbiety, cztery lata temu został tylko  dom.

I została cisza.

Syn Adam i pani Andżelika dali Panu Tadeuszowi bezpieczeństwo, obecność, opiekę. Nie byli jednak w stanie wygrać z samotnością, która czasem rodzi się nie z braku ludzi wokół, lecz z braku tej jednej osoby, z którą przeżyło się większość życia.

Od miesięcy gasł. Coraz słabiej widział. Coraz więcej zapominał. Coraz trudniej chodził. Jakby ciało powoli uczyło się odchodzenia. Może właśnie tak wygląda ostatnia lekcja życia. Nie bunt. Nie wielkie słowa. Tylko powolne godzenie się z tym, że wszystko, nawet najtwardszy beton, kiedyś ustępuje upływowi czasu. Odszedł w domu. W łóżku znalazł go syn, pan Adam.

Czy Pan Tadeusz był samotnym człowiekiem?

Może trochę.

Ale przecież nie odchodzi całkiem samotny ten, którego dziś ktoś żegna.

Nie odchodzi samotny człowiek, jeśli pozostawia po sobie rodzinę, pamięć o swojej pracy, budynki, które wciąż stoją, i ludzi, którzy mogą powiedzieć: tak, znałem go.

Może właśnie na tym polega ludzkie zwycięstwo.

Nie na tym, że byliśmy bez skazy.

Lecz na tym, że mimo naszych słabości zostawiliśmy po sobie coś, co okazało się trwalsze od nas samych.

Bo człowiek odchodzi.

Ale jego praca, jego miłość, jego błędy i jego dobro pozostają jeszcze przez jakiś czas w życiu innych ludzi.

I dopóki ktoś o nim mówi, dopóki ktoś wspomina jego śmiech, jego upór, jego gitarę, jego budowy i jego miłość do Eli…

dopóty Pan Tadeusz nie znika całkowicie.

Ale teraz oddajmy głos panu Tadeuszowi…

Dziękuję najbliższej rodzinie, znajomym, sąsiadom i wszystkim pozostałym osobom za dzisiejsze przybycie, pożegnanie i za to, że jesteście ze mną w tej ostatniej drodze zanim moje prochy spoczną w grobie;

Dziękuję wnuczkom Patrycji, Pauli, Radosławowi, Fabianowi za to, że pamiętaliście o mnie w święta, urodziny i na dzień dziadka składając mi życzenia :

Dziękuję prawnuczkom Łucji, Erykowi i Anastazji… dzięki wam szczęście gościło w moim sercu do końca;

Tobie wnuczko Klaudio bardzo dziękuję że mimo swoich obowiązków przy dzieciach zawsze pamiętałaś o mnie gdy potrzebowałem twojej pomocy byłaś, pomagałaś mi w zakupach i innych pracach domowych; 

A na koniec chciałem w szczególności podziękować Tobie  Adamie mój synu i tobie Angeliko, za ostatni czas mojego życia, w którym dbaliście o mnie, bym  był spokojny,  i za to, że nasz dom był normalnym, rodzinnym domem , choć wiem, byłem trudny w relacjach… jeszcze raz Dziękuję Wam!

Żegnajcie!