29.09.26 Najbliżsi pożegnali Pana Profesora Zbigniewa Guzika (82), elektronika i informatyka, całe życie zawodowe związanego z fizyką jądrową. Wzruszające Pożegnanie, przygotowana przez Dom Pogrzebowy „Służew”, a niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem i wygłosiłem podczas Ceremonii…
Szanowni Państwo,
dziś pożegnamy Pana Profesora Zbigniewa Guzika…
Witam Państwa, Uczestników Ceremonii. Witam Najbliższych –
żonę Panią Ludmiłę, witam córki – Panią Katarzynę z mężem Michałem i Panią Krystynę…
Witam ukochane wnuki dziadka Zbyszka – Jakuba i Stanisława…
Witam bliską i dalszą rodzinę z Myszkowa…
Witam wszystkich Państwa.
To było piękne, pełne życie. Trwało 82 lata.
Chciałbym w tym miejscu przywołać Aarona Freemana – amerykańskiego pisarza, komentatora radiowego i popularyzatora nauki. W 2005 roku, w National Public Radio w USA, zadał pytanie, które na pierwszy rzut oka może wydawać się zaskakujące: Dlaczego warto, aby na pogrzebie przemówił fizyk? Freeman zadał je pod wpływem własnych doświadczeń związanych ze śmiercią ojca i siostry. Zastanawiał się, czy prawa fizyki – te chłodne, precyzyjne prawa opisujące świat – mogą w jakikolwiek sposób pomóc człowiekowi zmierzyć się z odejściem kogoś bliskiego.
Abstrakcyjne? Być może. Ale nie do końca. Bo choć Pan Profesor Zbigniew Guzik nie był fizykiem, to przez całe swoje zawodowe, naukowe życie zajmował się tym, co niewidoczne. Tym, czego nie można zobaczyć gołym okiem, a co fizyka jądrowa próbuje opisać i zrozumieć. Badał świat atomów, jąder atomowych, cząstek i energii, próbował mierzyć i opisać ten świat. Świat, w którym materia okazuje się znacznie bardziej tajemnicza, niż podpowiada nam codzienne doświadczenie. I może właśnie dlatego, stojąc dzisiaj tutaj, możemy pozwolić sobie na pewną myśl. Że nic w przyrodzie nie znika po prostu. Energia zmienia swoją postać. Materia przechodzi z jednego układu w drugi. Świat nie zatrzymuje się w miejscu.
Ale jest coś jeszcze. Coś, czego fizyka nie mierzy. Człowiek także pozostawia po sobie energię. Nie taką jednak, którą można zmierzyć przyrządem, zapisać w tabeli, czy zamknąć w równaniu. To energia obecności. Sposób, w jaki ktoś patrzył na innych ludzi. Słowo, które wypowiedział wiele lat temu i które – czasem zupełnie niespodziewanie – wraca do nas dzisiaj.
Ciekawość świata, którą udało się w kimś rozbudzić. Rozmowa, której już nie powtórzymy, a jednak nadal w nas trwa. I może jest w tym coś niezwykłego. Profesor przez całe swoje życie próbował dotrzeć do tego, co najmniejsze – do cząstek, do jąder atomowych, do samej struktury materii. A my dzisiaj, w chwili Jego pożegnania, możemy dostrzec coś, czego nie opisze żadne równanie. Że człowiek pozostaje w świecie poprzez innych ludzi. Nie jako ciało. Nie jako głos. Nie jako obecność, której można dotknąć. Pozostaje jako ślad. Jako pamięć. Jako część życia tych, których spotkał na swojej drodze. Dlatego Jego odejście nie oznacza, że wszystko po Nim się skończyło. To, co pozostawił – wiedzę, pracę, myśl, czas, uwagę, rozmowy, zainteresowanie światem – nadal będzie obecne w innych. Będzie trwało tam, gdzie przekazana wiedza staje się czyjąś własną wiedzą. Tam, gdzie czyjaś myśl prowadzi do następnej myśli. Tam, gdzie pamięć o człowieku nie pozwala mu odejść całkowicie. Może właśnie w ten prosty, ludzki sposób możemy dzisiaj odczytać niezwykłą lekcję, której nauka przez całe życie uczyła Pana Profesora. Że świat nie jest taki, jakim wydaje się na pierwszy rzut oka.
Że wszystko się zmienia. Że nic nie pozostaje dokładnie takie samo. A jednak – nic nie dzieje się bez śladu.
I myślę, a nawet jestem pewien, że ta idea byłaby Panu Profesorowi bliska. Bo może najważniejsze odkrycia nie zawsze dotyczą tego, co możemy zobaczyć. Czasem dotyczą tego, co pozostaje, kiedy już czegoś zobaczyć nie możemy.
Szanowni Państwo… Co to był za Człowiek! Pan Profesor Zbigniew Guzik. „Nietypowo niezwykły” — jak nazywa Go żona, Pani Ludmiła. I chyba trudno o określenie, które lepiej oddawałoby Jego osobowość. Pan Profesor Zbigniew Guzik urodził się w Myszkowie, w rodzinie inżyniera chemika, w dzieciństwie był otoczony licznymi krewnymi, ale najważniejszą osobą w jego życiu wtedy była mama. W Myszkowie skończył szkołę, z wyróżnieniem, ale małe miasto, które tak lubił, szybko przestało mu wystarczać – na studia przeprowadził się do Warszawy, gdzie studiował na Politechnice Warszawskiej. Po ukończeniu studiów, w 1968 roku, rozpoczął pracę jako elektronik i informatyk w dziedzinie fizyki jądrowej. Skomplikowane? Owszem.
Ale właśnie to było Jego zawodowym światem, Jego pasją, a może nawet — jak sam uważał — naukowym przeznaczeniem. Przez wiele lat pracował w Instytucie Badań Jądrowych w Świerku, dzisiejszym Narodowym Centrum Badań Jądrowych. Jako profesor doktor habilitowany wniósł swój wkład w rozwój polskiej nauki. To było Jego miejsce na Ziemi. Miejsce, w którym wiedza spotykała się z pasją, a intelektualna ciekawość stawała się sposobem na życie. Bywał trudny i wymagający. Jak każdy, kto poważnie traktuje swoją pracę i nie zgadza się na bylejakość. Nie chodził na skróty, nie uznawał łatwych rozwiązań ani kompromisów, które mogłyby oznaczać rezygnację z własnych zasad. Miał swoje standardy i potrafił ich konsekwentnie bronić. Przez lata współpracował z naukowcami z całego świata. Pracował między innymi w Zjednoczonym Instytucie Badań Jądrowych w Dubnej, rosyjskim ośrodku naukowym położonym około 120 kilometrów od Moskwy, w amerykańskim laboratorium Fermilab imienia Enrica Fermiego, niedaleko Chicago, a także w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN w Genewie. To były ważne miejsca na naukowej mapie świata.
Ale Pan Profesor zawsze powtarzał, że ma w życiu szczęście, bo zawodowo zajmuje się tym, co przez całe życie było Jego pasją. Nie każdy ma takie szczęście. Nie każdy może powiedzieć, że to, co robi, jest zarazem jego pracą i jego powołaniem. Pan Zbigniew mógł. I wiedział, jak wielką wartość ma ten przywilej.
Ale Dubna… Dubna była w życiu Pana Profesora adresem szczególnym. Nie tylko ze względu na naukę. Był tam dwukrotnie. Drugi pobyt, pod koniec lat siedemdziesiątych, okazał się brzemienny w skutki. I tym razem nie chodziło o żadne odkrycie naukowe. Pan Zbyszek poznał tam młodą pracownicę administracji Instytutu — Pannę Ludmiłę. Tak rozpoczęła się historia, która trwała przez 47 lat małżeństwa Pani Ludmiły i Pana Zbyszka. Pierwsze siedem lat wspólnego życia spędzili w Dubnej. Potem przeprowadzili się do Polski i zamieszkali w Warszawie. W Dubnej urodziła się ich pierwsza córka, Katarzyna. Druga, Krystyna, przyszła na świat już w Polsce.
Pan Zbyszek bardzo kochał życie. Lubił spotkania z ludźmi, wspólną zabawę, dyskusje i rozmowy, które potrafiły trwać godzinami. Rozmowy, z których można było dowiedzieć się czegoś nowego, poznać nieznaną historię, odkryć jakiś nieoczywisty związek między sprawami, które pozornie nie miały ze sobą nic wspólnego. Miał wszechstronne zainteresowania, fenomenalną pamięć i ogromną wiedzę. Historia, polityka, sztuka, nauka, sport — w każdej z tych dziedzin potrafił znaleźć coś, co przykuwało uwagę. Był erudytą. Ale nie tylko erudytą. Był człowiekiem, z którym chciało się rozmawiać. Pani Ludmiła przy różnych okazjach podkreśla, jak wiele nauczyła się od męża. To piękne świadectwo wspólnego życia. Bo przecież bliskość nie polega na tym, że przez lata stajemy się do siebie podobni we wszystkim. Czasem polega na tym, że dzięki drugiemu człowiekowi nasz własny świat staje się większy. Pan Zbigniew miał też szczególną miłość — muzykę. Klasyczną i jazz. Sam grał na fortepianie, czego nauczył się w szkole muzycznej. Muzyka była dla Niego czymś więcej niż tylko przyjemnością. Była częścią Jego świata, tak samo naturalną jak nauka, książki czy rozmowa.
A jakby tego wszystkiego było mało, miał jeszcze poczucie humoru. Wyrafinowane, wymagające od rozmówcy orientacji w świecie.
W Jego towarzystwie nie było miejsca na nudę. Miał własne zdanie na niemal każdy temat i potrafił go bronić. Nie zawsze musiał się zgadzać. Nie zawsze musiał ustępować. Ale rozmowa z Nim rzadko pozostawiała człowieka obojętnym.
Pan Zbigniew był bardzo kochającym i oddanym mężem, oraz ojcem. O Najbliższych troszczył się z ogromną starannością i uwagą. Czasami może nawet z nadmiarem tej uwagi. Ale za wymaganiami stało zaangażowanie, a za troską — miłość. Nic dziwnego, że Pani Ludmiła mówi dziś: „Żegnam najważniejszą część mojego życia…” Trudno dodać coś do takich słów. Bo są takie chwile, w których język okazuje się bezradny. Można opowiadać o wspólnych latach, przywoływać obrazy, wspominać drobiazgi. Ale nie sposób w kilku zdaniach zmieścić całego życia dwojga ludzi. Tego wszystkiego, co wydarzyło się pomiędzy pierwszym spotkaniem a dzisiejszym pożegnaniem.
Jako ojciec Pan Zbigniew był człowiekiem zapracowanym i wymagającym. Córki przynosiły piątki, a Tata pytał, dlaczego nie ma szóstek. Można się dziś uśmiechnąć na to wspomnienie.
Bo przecież w tej anegdocie jest cały Pan Profesor: człowiek, który wysoko stawiał poprzeczkę, który wierzył, że można więcej, że warto się starać, że nie należy zadowalać się tym, co tylko wystarczające. Z biegiem lat łagodniał. Choć nie do końca. Starszą córkę, Katarzynę, do końca pytał o doktorat. Pozostał sobą — naukowcem, który chciał wiedzieć, jak daleko można jeszcze przesunąć granicę własnych możliwości.
Spełniał się również jako dziadek. Uwielbiał grać z wnukami w szachy. A wiadomość, że starszy wnuk, Kuba, rozpocznie studia na Wydziale Mechatroniki Wojskowej Akademii Technicznej, sprawiła Mu ogromną radość. Możemy sobie wyobrazić, ile myśli, pytań i rozmów wiązało się z tą wiadomością. Jak wiele dziadek chciałby jeszcze wnukowi przekazać, wyjaśnić, podpowiedzieć. Jak wiele mógłby go jeszcze nauczyć.
Szanowni Państwo…
Żegnając dziś Pana Profesora Zbigniewa Guzika, żegnamy człowieka, którego nie da się zamknąć w tytułach naukowych, zawodowych osiągnięciach, ani nawet we wspomnieniach. Bo człowiek to zawsze coś więcej niż suma tego, co zrobił. To także sposób, w jaki patrzył na świat,
dźwięk jego głosu, jego śmiech, ulubiona muzyka, rozmowy przeciągające się do późnej nocy. To obecność, która z czasem staje się częścią naszego własnego życia.
I choć dziś musimy się z tą obecnością pożegnać, nie wszystko odchodzi. Pozostaje pamięć, pozostają słowa i miłość, która nie kończy się w dniu pożegnania.
Panie Profesorze, dziękujemy za Pańskie życie. Za to, że było tak bardzo Pańskie. I za to, że mogliśmy być jego częścią.
Cześć Jego Pamięci.
I jeszcze słowa od Najbliższej Rodziny…
Będzie nam bardzo brakowało Ciebie, Zbyszku. Nigdy o Tobie nie zapomnimy. Śpij spokojnie… Twoja kochająca rodzina.

