Pogrzeb Danuty Bartol

Prof. Danuta Bartol. Mowa Pożegnalna

Dziś (03.07.26) córka Agnieszka Bartol – Pani Ambasador RP przy UE – z mężem, wnuczki Klara i Helena, grono najbliższych znajomych pożegnali Panią Prof. Danutę Bartol, wybitną językoznawczynię, wykładowczynię na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie w Nancy. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem i wygłosiłem podczas Ceremonii.

Na początku było słowo… – tak zaczyna się jedna z najważniejszych ksiąg naszej cywilizacji. Nie trzeba być człowiekiem wierzącym, aby dostrzec, jak wiele prawdy mieści się w tych kilku słowach. Bo właśnie słowo odróżnia nas od innych stworzeń. Dzięki niemu możemy nazwać świat, przekazać wiedzę, wyrazić miłość, sprzeciw, zachwyt i tęsknotę.

Dla Pani Profesor Danuty Bartol słowo było całym życiem.

To ono stało się przedmiotem jej naukowej pasji. To ono zaprowadziło ją na Uniwersytet Warszawski, a później na Uniwersytet w Nancy. To ono uczyniło z niej wybitną językoznawczynię, badaczkę socjolingwistyki, autorkę książek, z których uczyły się całe pokolenia polonistów. Jedna z nich – Nauka o języku dla polonistów – dla jednych była wybawieniem, dla innych prawdziwym egzaminem cierpliwości. Ale wszyscy, którzy studiowali polonistykę, zetknęli się z jej nazwiskiem i bardzo ją cenili.

Była wymagającą panią profesor. Nie godziła się na bylejakość języka. Drażniły ją błędy, zwłaszcza wypowiadane publicznie przez ludzi, którzy powinni być wzorem. Nie miało dla niej znaczenia, jakie ktoś ma poglądy, skąd pochodzi, jaki ma kolor skóry, czy jak żyje. Liczyło się jedno – szacunek dla języka.

Bo język był dla niej szacunkiem dla drugiego człowieka. Paradoks losu chciał jednak, że dwa ostatnie lata życia przyniosły afazję. Kobieta, która całe życie uczyła innych mówić, sama stopniowo traciła możliwość mówienia.

Ale nie przestała się porozumiewać.

Pisała. Na kartkach. W wiadomościach. Na WhatsAppie.

Do końca pozostawała obecna. Do końca świadoma. Do końca chciała być z ludźmi poprzez słowa, choć przychodziły już z ogromnym wysiłkiem. Ostatnie cztery miesiące były bardzo trudne.

Niefortunny upadek, złamanie kręgów szyjnych, szpital, coraz większa słabość, zapalenie płuc…

Dla kobiety, która całe życie była w ruchu, podróżowała, wykładała, spacerowała ulicami Nancy, chłonęła świat teatru, opery, koncertów i książek – było to doświadczenie szczególnie bolesne.

Ale nie była sama. Jej córka, Pani Agnieszka, zrobiła wszystko, aby mama nie cierpiała bardziej, niż było to nieuniknione.

To była najpiękniejsza forma wdzięczności za całe życie.

A było to życie niezwykle bogate. Bogatsze niż wskazywałoby osiemdziesiąt lat. Była kobietą renesansu.

Kochała muzykę. Już jako dziecko przez wiele lat uczyła się gry na skrzypcach w szkole muzycznej przy ulicy Miodowej. Później żartowała, że było to przekleństwo dzieciństwa. Ale to właśnie ono nauczyło ją słyszeć więcej niż inni. Kochała Mozarta, Bacha, Beethovena i Wieniawskiego.

Kochała operę, operetkę, teatr. Później przyszła francuska piosenka – Edith Piaf, Mireille Mathieu, Georges Brassens, Jacques Brel.

A obok nich jeszcze jeden ukochany artysta – Leszek Długosz, bard Piwnicy pod Baranami.

Kochała literaturę. Czytała ogromne ilości książek. Wracała do literatury francuskiej. Ale też zachwycała się Wiesławem Myśliwskim. Czytała Olgę Tokarczuk. Czytała księdza Józefa Tischnera, choć sama była zdeklarowaną ateistką. Lubiła myśli Tadeusza Kotarbińskiego.

To pokazuje, że ciekawość świata była dla niej ważniejsza niż etykiety.

Była także obywatelką dwóch ojczyzn. Polski i Francji. Nie tylko w sercu, ale również formalnie. Francję pokochała ponad pół wieku temu. Nancy stało się jej drugim domem. Zamieszkała tam w 1991 roku, kiedy zaczęła wykładać na Uniwersytecie w Nancy.

Uwielbiała bez celu spacerować ulicami tego miasta, zaglądać na targi, obserwować ludzi, kupować drobiazgi, cieszyć się codziennością.

Kochała francuską sztukę życia. To niespieszne celebrowanie chwili. Rozmowę. Dobry posiłek. Piękno zwyczajnego dnia.

Nawet w czasach, kiedy w Polsce niewiele można było kupić, w jej domu pojawiały się francuskie potrawy, robiła szaszłyki i sałatki. Miała stosy francuskich książek kucharskich. Francję nosiła w sobie.

Była także pedagogiem. Dydaktyka była jej misją. Nie tylko wobec dla studentów.

Uczyła swoją córkę życia i ważnych umiejętności.

To dzięki decyzji mamy Pani Agnieszka doskonale poznała język francuski, a później na tym zbudowała swoją drogę zawodową.

Ale chyba ważniejsza od języka była jeszcze jedna lekcja.

Mama powtarzała jej, że trzeba żyć tak, aby po drodze nie zgubić samego siebie. Nie żyć pod dyktando czasów. Nie żyć pod cudze oczekiwania. Żyć uczciwie wobec własnego sumienia. To nie zawsze jest łatwe. I Pani Profesor sama taka była. Samodzielna. Niezależna. Czasem wymagająca. Czasem trudna. Ale zawsze autentyczna. Żyła na własnych warunkach.

Była dumna ze swojej córki. Z ogromną czułością kochała swoje wnuczki – Klarę i Helenę. Czytała im książki. Śpiewała. Opowiadała historie. Rozmawiała z nimi. A kiedy rozmowa stała się niemożliwa, pisała do nich wiadomości.

Bo wiedziała, że dla młodego człowieka nie ma nic ważniejszego niż poczucie, że ktoś naprawdę chce z nim rozmawiać. Dzisiaj żegnamy wybitną panią profesor.

Ale jeszcze bardziej żegnamy kobietę, która kochała świat. Kochała słowa. Muzykę. Literaturę. Francję. Dobrą kuchnię. Rozmowy. Wolność. I ludzi.

Albert Camus napisał kiedyś:

„W środku zimy odkryłem w sobie niezwyciężone lato.”

To zdanie mogłoby być także opowieścią o Pani Profesor.

Bo nawet kiedy przyszła choroba, nawet kiedy zabrakło głosu, nawet kiedy ciało odmawiało posłuszeństwa, pozostało w niej to, co najważniejsze.

Jej wewnętrzna wolność. A ona jest jedną z niewielu rzeczy, których nie potrafi odebrać nawet śmierć.  Odeszła i powtórzę to jeszcze raz –  kobieta renesansu… ogromna strata.

——————————————————————————————

Szanowni Państwo, na tę ostatnią chwilę… przygotowałem dwa cytaty z twórczości Wiesława Myśliwskiego. W „Kamieniu na kamieniu” pisał tak:

„Był człowiek i go nie ma. I na jego miejsce już sto innych się wpycha. Nawet pamięć po nim zajmą. A dawniej, bracie, umarłeś, we wsi wyrwa zostawała, jakby w bruku. Ale dawniej, żeby tak powiedzieć, śmierć była przywiązana do ludzi. Wszyscy żyli całe życie w jednym miejscu, to śmierć jednego była jakby śmiercią wszystkich. A dzisiaj wszyscy w ruchu, to i śmierć w ruchu. A w ruchu jak na froncie. Z lewa, z prawa padają, a ty naprzód i naprzód. Umieramy, bracie, że nie widać po nas śmierci.”

Ale wielki mistrz pisał też tak…

„Śmierć nie jest końcem, śmierć jest tylko przystankiem w drodze, z którego wyrusza się dalej, tyle, że już bez bagażu, który się przez całe życie taszczyło”. To wielka tajemnica.

Proszę…