17.06.26 na Cmentarzu Parafialnym w Legionowie Najbliższa Rodzina, ale także współpracownicy sprzed lat pożegnali płk Bogdana Dzięcielewskiego (77), „Dzięcioła”, oficera Biura Ochrony Rządu, który swoją Służbę zakończył w 1996 roku. Pogrzeb w Asyście Sztandaru i funkcjonariuszy Służby Ochrony Państwa miał uroczysty charakter. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem i wygłosiłem podczas prowadzonej przeze mnie Ceremonii Pogrzebowej.
Witam Państwa… uczestników Ceremonii Pogrzebowej podczas której pożegnamy płk Bogdana Dzięcielewskiego… Witam Najbliższych Zmarłego, Panią Elżbietę, Lusię, Jej córkę Katarzynę z rodziną, witam Igora, syna Bogdana z rodziną, witam współpracowników pana płk… Jego dowódców i podwładnych…
Szanowni Państwo, odszedł pułkownik Bogdan Dzięcielewski, „Dzięcioł”, oficer Biura Ochrony Rządu.
Przez lata swojej służby przeszedł wszystkie jej stopnie. Od nauki zawodu, przez odpowiedzialność oficera ochrony, aż po przygotowywanie zabezpieczenia najważniejszych wydarzeń w Polsce. Najdłużej służył w legendarnym Oddziale I BORu, gdzie realizowano zadania najtrudniejsze i najbardziej wymagające. W Krakowie odpowiadał za bezpieczeństwo najważniejszych wizyt. W Warszawie czuwał nad ochroną wydarzeń odbywających się na Zamku Królewskim i Starym Mieście. Był jednym z tych ludzi, których pracy niemal się nie zauważa, dopóki jest wykonywana dobrze. A on wykonywał ją bardzo dobrze.
Długo rozmawiałem z generałem Pawłem Bielawnym „Jastrzębiem”, który nazywa pułkownika swoim mentorem. Przez pięć lat służyli razem.
Gdy zapytałem pana generała o jedno słowo opisujące pułkownika, odpowiedział bez wahania: powaga.
Nie chodzi o surowość. Chodzi o sposób traktowania obowiązku. O przekonanie, że służba jest czymś większym od człowieka, który ją pełni. Pułkownik należał do pokolenia oficerów, których młodsi koledzy nazywali „dinozaurami”. Mówili tak z szacunkiem, bo to oni, „dinozaury” organizowali najważniejsze operacje ochronne lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Zdobywali doświadczenie, które nie rodzi się z teorii. Budowali zaufanie do swojej formacji dzień po dniu, zadanie po zadaniu.
Dzięki takim ludziom jak pułkownik Bogdan Dzięcielewski Biuro Ochrony Rządu stało się symbolem rzetelności i bezpieczeństwa. Obecność funkcjonariuszy BOR podczas różnych wydarzeń była dla wielu gwarancją, że wszystko zostało przygotowane tak, jak należy. A samo znalezienie się w szeregach tej służby było wyróżnieniem dostępnym nielicznym. To była elita.
Ale nawet w tym elitarnym gronie „Dzięcioł” pozostawał postacią wyjątkową.
Był człowiekiem przenikliwej inteligencji i szerokiej wiedzy. Interesował się światem znacznie szerzej, niż wymagała tego jego profesja. Miał trudny charakter. Generał Bielawny mówi o tym otwarcie. Jednak ludzie silni rzadko bywają łatwi. A kiedy „Dzięcioł” już kogoś uznał za swojego, pozostawał lojalny do końca.
Nie kalkulował. Nie szukał wygodnych kompromisów. Nie uznawał półśrodków. Wierzył, że zadanie należy wykonać najlepiej, jak to możliwe, albo nie podejmować się go wcale. Tak pracował. Tak rozumiał służbę.
Był dowódcą z naturalnego nadania. Wymagającym, czasem surowym. Potrafił zganić podwładnego, gdy było to konieczne. Ale nigdy nie robił tego po to, by kogoś upokorzyć. I nigdy nie zostawiał swoich ludzi samych wobec problemów, które wspólnie przyszło im dźwigać. Twardy. Sprawiedliwy. Wierny swoim ludziom.
I nie każdy mógł zwracać się do niego „Dzięcioł”. O tym decydował on sam.
Szacunek okazywali mu nie tylko podwładni i przełożeni. Potrafił porozumiewać się z przedstawicielami innych służb, samorządowcami, politykami i ludźmi Kościoła. Kardynał Franciszek Macharski mówił o nim z uznaniem i życzliwością.
A to było ważne, bo spośród wielu zadań, które wykonał szczególnie cenił jedno. Ochronę pielgrzymek Ojca Świętego Jana Pawła II do Polski. Najpierw jako oficer ochrony, później jako człowiek przygotowujący całe przedsięwzięcia. W rodzinnym archiwum zachowały się fotografie. Widać na nich nie tylko papieża i oficera. Widać spotkanie dwóch ludzi. I gest wdzięczności za służbę wykonywaną uczciwie.
Pułkownik Bogdan Dzięcielewski był silną osobowością. Człowiekiem, dla którego służba nie była zawodem, lecz sposobem życia. Bez reszty oddał jej swój czas, energię i talent. Dla młodszych kolegów stał się mentorem. Dla wielu pozostawał punktem odniesienia… długo po odejściu na emeryturę.
Gdy zakończył służbę, nie szukał już nowych frontów ani nowych wyzwań. Jakby po latach życia w gotowości wrócił do tego, co najprostsze i najważniejsze. Okazało się wtedy, że był domatorem. Człowiekiem, który umiał zostawić za drzwiami ciężar swojej pracy i nie wnosić służbowych napięć do domu. To także jest rodzaj odwagi, choć rzadko się o niej mówi.
Troszczył się o swoich najbliższych tak, jak potrafił najlepiej. Bez wielkich deklaracji. Dobrze gotował i lubił dobre jedzenie. Miał też swoją wielką pasję — wędkarstwo. Wyprawy na ryby były dla niego czymś więcej niż hobby. Były rytuałem, chwilą skupienia, rozmowy z naturą i samym sobą. Człowiek, który przez całe życie pozostawał czujny, tam odnajdywał spokój.
Był towarzyski i lubił opowiadać historie. Miał poczucie humoru, które pozwalało oswajać rzeczy poważne. W gronie najbliższych wracał do anegdot z dawnych lat, do wspomnień z dzieciństwa, do ludzi i miejsc, które nosił w sobie przez całe życie. Wracał także do Szczekocin, rodzinnego miasta swoich rodziców. Bo choć człowiek odchodzi daleko, często całe życie pozostaje wierny swoim początkom.
Ostatnia droga pułkownika Bogdana Dzięcielewskiego rozpoczęła się jesienią ubiegłego roku. Jak wielu ludzi silnych, długo nie chciał przyznać, że potrzebuje pomocy. Miał wiedzę medyczną i ufał własnym osądom bardziej niż lekarzom. Wierzył, że poradzi sobie sam. Był to błąd, ale są błędy, które wynikają nie ze słabości, lecz z charakteru. A jego charakter był uparty, twardy i nieustępliwy.
Z każdym tygodniem słabł. Coraz trudniej było mu się poruszać, coraz trudniej oddychać. W końcu przyszły diagnozy — najpierw kardiologiczna, potem onkologiczne, jeszcze cięższe. Choroba odsłania przed człowiekiem prawdę, której nie da się zatrzymać ani negocjować. Można jedynie stawić jej czoła. I on właśnie tak zrobił.
Poddał się leczeniu. Znosił je dzielnie. Chorował tak, jak żył — bez skarg, bez rozgłosu, bez ucieczki. Jak człowiek, który wiele razy patrzył trudnościom prosto w oczy i wiedział, że nie każdą walkę można wygrać, ale każdą trzeba podjąć.
Przy nim przez cały ten czas byli najbliżsi — pani Elżbieta, i syn Igor. Towarzyszyli mu wiernie w tym trudnym, długim odchodzeniu. W chorobie człowiek traci wiele rzeczy, lecz obecność tych, którzy pozostają obok, jest dowodem, że jego życie nie było daremne.
Słabł i dosłownie znikał. A przecież wszyscy pamiętali go jako postawnego mężczyznę. Jakby ciało powoli oddawało światu to, co przez lata nosiło w sobie z taką siłą.
Odszedł cicho. W swoim domu. Czwartego czerwca.
Przeżył siedemdziesiąt siedem lat.
Albert Camus pisał, że wielkość człowieka mierzy się jego wiernością wobec samego siebie. Pułkownik Bogdan Dzięcielewski pozostał sobą do końca — w służbie, w życiu poza nią i w chorobie.
Szanowni Państwo, kiedy odchodzą tacy ludzie jak pułkownik Dzięcielewski, „Dzięcioł”, rzeczywiście można powiedzieć, że odchodzi pewna epoka. I można dodać, że jest to naturalny porządek świata, bo czasy się zmieniają, a ludzie przemijają.
Ale nie wszystko przemija.
Pozostają wartości. Pozostaje sposób, w jaki traktowało się obowiązek. Pozostaje lojalność, odpowiedzialność, dyscyplina i skromność.
I pozostaje pamięć o człowieku, który nie potrzebował wielkich słów, aby budzić szacunek.
Cześć Jego pamięci.

