Skwer Alojzego Pawełka nocą, przy pomniku KL Warschau

Miasto. Noc. Umarli.

W mieście nie ma ciszy. Nawet nocą coś pulsuje: światła, tramwaje, ekrany. Życie porusza się szybko, jakby bało się zatrzymać. Jakby przystanek oznaczał konfrontację z czymś,  czego nie umiemy nazwać. A jednak wśród tego ruchu są miejsca nieruchome. Tablice na murach, nazwiska wyryte w kamieniu, podwórza, na których wydarzyło się to, o czym przewodniki mówią półgłosem, albo wcale.  Miasto pamięta więcej, niż chcieliby jego mieszkańcy. 

Nie tylko cmentarze przypominają o śmierci. Ona jest w bramach, w których ktoś czekał na powrót, który nie nastąpił. W oknach, gdzie zgasło światło i już się nie zapaliło. Na pustych ławkach w parkach, które wciąż stoją w tych samych miejscach, choć świat wokół zdążył się zmienić. 

A my? My budujemy świat jasny i bez skazy. Bez śmierci. Świat, w którym starość jest porażką estetyczną, choroba – błędem zarządzania sobą, a smutek – czymś, co należy jak najszybciej naprawić. Uśmiech staje się obowiązkiem. Cierpienie – prywatną niedogodnością, którą wypada przeżywać w ukryciu.  Jeżeli w ogóle wypada ją przeżywać.

Śmierć została wygnana poza kadr. Nie pasuje do opowieści o sukcesie. Nie sprzedaje się dobrze. Nie inspiruje. Chyba, że jako sensacja – nagły wypadek, dramat, liczba ofiar.  Zbrojny konflikt gdzieś na świecie. Wtedy można o niej mówić, bo nie dotyczy nikogo konkretnego. Jest statystyką, nie twarzą.

Ale kiedy umiera ktoś bliski, wszystko się rozpada. Nie teoria. Nie światopogląd. Codzienność.

Umiera matka – i świat traci swoje ciche usprawiedliwienie.

Umiera ojciec – i nagle nikt już nie wypowie twojego imienia w ten sam sposób. 

Umiera dziecko  – i język przestaje wystarczać.
Umiera żona, mąż – i połowa wspólnej historii zapada się w ciszę.
Umiera przyjaciel – i coś z twojej własnej tożsamości znika bezpowrotnie.

Nie uczono nas, co z tym zrobić. Nie ma instrukcji, która naprawdę przywraca równowagę. Zostaje tylko ból i zdumienie, że świat nie zatrzymał się razem z nami. 

A jednak w tych chwilach dzieje się coś osobliwego. Człowiek stojący przy trumnie, czy urnie jest bardziej obecny niż kiedykolwiek. Nie myśli o wizerunku. Nie planuje przyszłości. Nie udaje. Jest prawdziwy.

I nie chodzi o to, by oswoić śmierć. Nie chodzi o to, by przestała boleć. Przeciwnie. Chodzi o to, by przestać udawać, że jej nie ma. Dobre pogrzeby łączą ludzi, złe dzielą.