To było piękne Pożegnanie. Ukochana żona Maja, siostra Lidia, synowie Łukasz z Agnieszką i Tomasz z żoną Aleksandrą, przedstawiciele warszawskiej palestry, przyjaciele i znajomi pożegnali mec. Jacka Brydaka. „Don’t worry, be happy!” – mawiał do swoich klientów i ten motyw z największego przeboju Bobby McFerrina zabrzmiał podczas Ceremonii. Miałem zaszczyt poprowadzić tę Ceremonię, z wielkim taktem zorganizowaną przez Dom Pogrzebowy „Służew”. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem na tę Ceremonię.
„Don’t worry, be happy”… Mecenas Jacek Brydak uwielbiał talent, muzyczną kulturę i twórczość Bobby’ego McFerrina. W jego gabinecie wisiał plakat z fotografią artysty i jego autografem. Zresztą Pan Mecenas traktował słowa największego przeboju amerykańskiego jazzmana jak przesłanie także dla swoich klientów.
„Don’t worry…” Nie martw się. Damy radę.
Szanowni Państwo,
witam na Ceremonii, podczas której pożegnamy Pana Mecenasa Jacka Brydaka.
Witam żonę – Panią Marię Maję Brydak.
Witam siostrę Pana Mecenasa – Panią Profesor Lidię Brydak.
Witam syna Łukasza z Panią Agnieszką.
Witam syna Tomasza z żoną Aleksandrą Łuczak-Brydak.
Witam wszystkich Państwa.
Pan Mecenas Jacek Brydak przeżył niemal osiemdziesiąt jeden lat. Odszedł w swoim domu. Zawodowo pozostawał aktywny do 2020 roku, a właściwie jeszcze do roku 2023.
Kiedy problemy ze słuchem zaczęły się pogłębiać, a w czasie pandemii sądy przeszły na pracę zdalną, powoli wycofywał się z czynnej praktyki adwokackiej.
Trzy miesiące temu jego stan zdrowia wyraźnie się pogorszył. Pojawiły się problemy z sercem i nerkami. To było zaskakujące, bo można było spodziewać się raczej choroby płuc – przecież Pan Mecenas palił… i to niemało.
Najpierw miesiąc spędził w szpitalu, potem w ośrodku rehabilitacyjnym. Przez cały ten czas bardzo chciał wrócić do domu. Najbliżsi – żona Maja, synowie Łukasz z Agnieszką oraz Tomasz z Aleksandrą – spełnili jego życzenie.
Był znowu w swoim ukochanym mieszkaniu. Mimo że znajdowało się na trzecim piętrze, właśnie tam czuł się najlepiej. Tam chciał zostać. „Nie przesadza się starych drzew” – mawiał, ucinając wszelkie propozycje przeprowadzki do wygodniejszego miejsca.
Znosił chorobę z godnością. Był przecież niemal wzorcowym przedstawicielem swojego pokolenia – ludzi twardych, którzy nie skarżyli się na byle co i za wszelką cenę nie chcieli być dla nikogo ciężarem.
Z charakterystycznym dla siebie humorem powtarzał:
„Mężczyzna na diagnozę jedzie wyłącznie karetką pogotowia.” Do końca zachował poczucie humoru.
Ale z każdym dniem było coraz trudniej. Powoli żegnał się ze światem.
„Łukasz… nie rozumiem.”
„Łukasz… boli…”
To jedne z ostatnich słów, jakie powiedział do swojego syna.
Odszedł w środę, 22 lipca.
Jak wspominają najbliżsi – był z tym odejściem w jakiś sposób pogodzony. Do końca był przy nim syn Tomasz. I ukochana żona Maja.
Pani Maja i Pan Jacek znali się jeszcze od liceum. To wtedy Jacek podpowiadał Mai podczas egzaminów – tak właśnie zaczęła się ich wspólna historia. Przeżyli razem całe życie. Ponad pięćdziesiąt lat małżeństwa.
„Należy mi się Virtuti Militari za pożycie małżeńskie” – żartował nieraz Pan Jacek.
Byli małżeństwem swojego pokolenia, z klasycznym podziałem ról. Pan Mecenas troszczył się o utrzymanie rodziny, a Pani Maja prowadziła dom. Była – i pozostaje – jego sercem, opiekunką i strażniczką rodzinnego ogniska, prawdziwą westalką.
Ojciec Pana Jacka był urzędnikiem wychowanym w najlepszej austro-węgierskiej tradycji, ale w domu panował zimny wychów. Być może właśnie dlatego Pan Jacek stał się zupełnie innym ojcem.
Był opiekuńczym przewodnikiem swojego stada.
Rodzinny czas był dla niego świętością. Nie był człowiekiem idealnym – takich ludzi przecież nie ma. Ale był mężem i ojcem obecnym. Troszczył się o swoich najbliższych nie dlatego, że wypadało, lecz dlatego, że ich kochał.
Pani Maja i Pan Jacek zawsze mogli na siebie liczyć. Zawsze stawali na wysokości zadania.
A przy okazji Pan Mecenas miał wyjątkowo dobre relacje ze swoją teściową, która czasem z powodzeniem wcielała się w rolę sędziego rodzinnych sporów.
Ojcem był naprawdę.
Był obecny w życiu swoich synów – Łukasza i Tomasza. Miał pomysł na ich przyszłość. Tak właśnie zachowują się odpowiedzialni ojcowie.
Sam marzył kiedyś o archeologii starożytnej. Ojciec przekonywał go do medycyny. On jednak wybrał prawo. Na szczęście.
Jednym z owoców tamtej decyzji jest również to, że obaj jego synowie zostali prawnikami. Pan Mecenas dbał o ich wykształcenie, ale równie ważne było coś jeszcze.
Nigdy nie miał oporu, by powiedzieć swoim synom:
„Kocham was.” I w tym sensie wyprzedzał swoje pokolenie.
Ale kim był jako adwokat?
Przede wszystkim człowiekiem, który traktował swój zawód jak misję.
Na sali sądowej czuł się jak u siebie. Analizował każdy szczegół. Pracując, nie liczył godzin. Dostrzegał to, czego inni często nie zauważali. Czasem właśnie drobiazg decydował o czyjejś niewinności i całym dalszym życiu.
Był szczególarzem. I znakomitym taktykiem.
Jego osiągnięcia są imponujące, choć nigdy nie zabiegał o rozgłos. Wolał pozostawać w cieniu. To wiele mówi o tym, jak poważnie traktował swój zawód.
Był adwokatem odważnym. Jakby szedł za słowami Zbigniewa Herberta z „Przesłania Pana Cogito”: „Bądź odważny. W ostatecznym rachunku jedynie to się liczy.” Ale swoją misję rozumiał szerzej. Dlatego tak wiele czasu poświęcał działalności w samorządzie adwokackim. Był autorytetem. Z jego zdaniem liczono się, a na jego pomoc zawsze można było liczyć. Koledzy mówili o nim: „Strażnik tradycji.”
To piękne określenie.
Bo rzeczywiście dbał o zasady dobrej adwokatury. Stara gwardia.
I tylko szkoda, że nigdy nie prowadził pamiętnika. Historie, których był uczestnikiem, mogłyby uczynić z niego polskiego Ferdinanda von Schiracha.
Można by uznać ten portret za skończony.
Ale nie w przypadku Pana Mecenasa Jacka Brydaka.
Jego synowa, Aleksandra, napisała – pięknie – po jego śmierci:
„22 lipca odszedł fajny facet. Wybitny adwokat, a prywatnie ironiczny zgrywus.”
To zdanie mówi bardzo wiele.
Bo czy można sobie wyobrazić poważnego adwokata próbującego jazdy na deskorolce? Pan Jacek próbował. Skończyło się niewielką katastrofą. Według niego – było warto.
Lubił papugi.
Tylko on potrafił z taką swobodą nosić koszulki z zabawnymi napisami i odświętne nakrycia głowy podczas rodzinnych spotkań.
Miał ogromny dystans do siebie. Był osobowością.
Kochał antyk. Być może odzywało się w nim niespełnione marzenie o archeologii. Kolekcjonował obrazy i znał się na tym, starą broń, ale też kaszkiety i kufle.
Kochał jazz. Ten klasyczny – Louisa Armstronga. I ten nowoczesny – Bobby’ego McFerrina.
Lubił stolarstwo. Z dumą chwalił się własnoręcznie wykonaną drewnianą boazerią do własnego mieszkania.
Był eleganckim mężczyzną i tego uczył swoich synów.
Kochał samochody. Od malucha doszedł do swojej pierwszej Renault 5, która w latach osiemdziesiątych była sensacją na warszawskich ulicach. Podobno jeździły wtedy tylko trzy takie egzemplarze. Od tamtej chwili pozostał wierny tej marce.
Uwielbiał filmy z pościgami samochodowymi. Steve McQueen należał do jego ulubionych aktorów, a „Bullit” był filmem, do którego wracał.
Historia była jego wielką pasją. Miał wiedzę historyczną naprawdę imponującą. Synowie wspominają wspólne podróże. W każdym odwiedzanym miejscu ojciec opowiadał historię tego miejsca. Pamiętają również rodzinne egzaminy z dat historycznych, które regularnie przeprowadzał.
Czy to wszystko? Nie. To niemożliwe.
Każde ludzkie życie zawsze pozostaje większe od opowieści, którą można o nim snuć.
Dlatego pozwólmy, by tę historię zakończyły słowa osoby, która znała go najlepiej.
Pani Maja po śmierci męża napisała list.
Rozpoczyna go słowami:
„Kochany Jacku…
Dla mnie i naszej rodziny będziesz zawsze kochany. Pełen pogody, dowcipu, zawsze z dobrą radą, wyrozumiały i kochający.
Nasza pamięć o Tobie będzie żyła w nas zawsze.”
I aż się prosi, by dodać: Don’t worry, be happy!
(tu mówią inni)
Adw. Katarzyna Gajowniczek – Pruszyńska – Dziekan Okręgowej Rady Adwokackiej,
adw. Agnieszka Helsztyńska – Prezes Sądu Dyscyplinarnego Izby Adwokackiej w Warszawie,
adw. Wojciech Machał – Wiceprezes Sądu Dyscyplinarnego Izby Adwokackiej w Warszawie
Zanim utworzymy kondukt, powstańmy…
—————————————————————-
Dziś żegnamy człowieka, który całe życie spędził po stronie sprawiedliwości. Nie dlatego, że wierzył w świat doskonały. Przeciwnie. Wiedział, jak często prawo spotyka się z ludzką słabością, lękiem i krzywdą. A jednak każdego dnia wybierał, by stanąć po stronie człowieka.
Nie ma większej odwagi niż ta, która nie potrzebuje oklasków. Jest tylko spokojną zgodą na obowiązek. Mecenas Jacek Brydak wiedział, że nie każdą sprawę można wygrać. Ale wiedział również, że każda zasługuje na uczciwe wysłuchanie. W tym właśnie kryje się szacunek dla drugiego człowieka.
Dzisiaj milknie głos, który przez lata przemawiał w salach sądowych. Lecz nie milknie to, czego ten głos bronił. Bo sprawiedliwość nie mieszka w budynkach sądów. Mieszka w sumieniach ludzi.
Śmierć kończy życie, ale nie unieważnia dobra, które człowiek pozostawił po sobie. Ono nie potrzebuje pomników. Wystarczy, że będzie obecne w decyzjach tych, którzy nauczyli się od niego odwagi, uczciwości i szacunku dla drugiego człowieka.
Dlatego nie żegnamy dziś tylko wybitnego adwokata. Żegnamy człowieka, który przypominał nam, że godność nie jest nagrodą za sukces. Jest sposobem życia. Żegnamy mecenasa Jacka Brydaka.
Cześć jego pamięci… Proszę Asystę Domu Pogrzebowego Służew o rozpoczęcie czynności…

