02.07.26 na Cmentarzu Parafialnym w Jabłonnie Najbliżsi pożegnali Krzysztofa Sobotę (62), człowieka nieoczywistego, nawet trudnego, ale prawdziwego. Ceremonii towarzyszyła muzyka Pink Floyd, którą Pan Krzysztof namiętnie słuchał. Cześć Jego pamięci!Niżej Mowa Pożegnalna…
62 lata? Dziś o mężczyznach w takim wieku mówi się często: „jest w sile wieku”. Dlatego tym trudniej pogodzić się z myślą, że życie pana Krzysztofa zakończyło się właśnie teraz. Za wcześnie. Ale wobec takich wydarzeń pozostaje nam pokora. Są pytania, na które człowiek nie znajduje odpowiedzi.
Ostatnie tygodnie były bardzo trudne. Po ciężkim zawale serca pan Krzysztof przez blisko trzy tygodnie pozostawał w śpiączce. Wcześniej od dłuższego czasu zmagał się z cukrzycą, której powikłania odebrały mu stopę. Ta choroba zabierała mu siły powoli, przez lata.
Nie jest tajemnicą, że nie należał do ludzi, którzy łatwo przyjmują ograniczenia. Był uparty. Wiedział, jak wiele wymaga życie z cukrzycą, ale trudno było mu podporządkować się dyscyplinie leczenia. Taki miał charakter. Czasem właśnie nasze największe cechy stają się także naszym największym ciężarem. Dziś jednak nie jesteśmy tutaj po to, by kogokolwiek osądzać. Jesteśmy po to, by pożegnać człowieka i zachować w pamięci jego życie.
A było to życie człowieka pracy.
Praca nie była dla pana Krzysztofa jedynie sposobem zarabiania pieniędzy. Była jego tożsamością. Prowadził razem z żoną własną firmę celną, zajmował się logistyką i robił to z ogromnym zaangażowaniem. Był dokładny, odpowiedzialny, wręcz pedantyczny.
Kiedy po wejściu Polski do Unii Europejskiej zmieniły się realia rynku i firma nie zdołała przetrwać tych zmian, stracił coś znacznie większego niż przedsiębiorstwo. Stracił poczucie sensu, jakie dawała mu praca. Bardzo przeżył tamten czas. Nie każdy człowiek równie łatwo odnajduje się w nowych okolicznościach. Są ludzie, dla których zmiana jest niezwykle trudna. Pan Krzysztof należał właśnie do nich.
Ale jego pracowitość nie kończyła się na życiu zawodowym.
Wybudował dom, posadził drzewa, założył rodzinę. Potrafił zrobić niemal wszystko. Kiedy w domu pojawiał się problem wymagający wiedzy technicznej albo sprawnych rąk, był w swoim żywiole.
Był człowiekiem o ścisłym umyśle. Studiował na Politechnice. Matematyka i fizyka nie miały przed nim wielu tajemnic. Miał szeroką wiedzę ogólną, interesował się polityką i życiem społecznym. Jeśli temat rozmowy go zaciekawił, był znakomitym rozmówcą, z którym trudno było wygrać dyskusję.
W ostatnich latach z wielką pasją śledził tenis. Był wiernym kibicem Igi Świątek i marzył, aby kiedyś jego wnuczka grała w tenisa równie pięknie jak ona. Lubił także swój motocykl, kolekcjonował modele samochodów, czytał książki. Lubił drewno — może za jego zapach, może za to, że z pozornie zwyczajnego materiału można stworzyć coś trwałego.
Nie był duszą towarzystwa. Najlepiej czuł się we własnym domu, wśród najbliższych. Tam był naprawdę sobą.
Panią Małgorzatę poznał w pracy. Zdobył jej serce nie wielkimi słowami, lecz gotowością do działania. Rodzina do dziś wspomina historię samochodu zatankowanego przez panią Małgosię niewłaściwym paliwem. To właśnie szybka reakcja pana Krzysztofa uratowała wtedy i samochód, i spokój pani Małgorzaty. Był człowiekiem, który wiedział, co zrobić, gdy inni nie wiedzieli.
Kiedy spotkałem się przed tą Ceremonią z panią Małgorzatą i panią Agnieszką, zapytałem: „Kim był człowiek, którego żegnamy?”.
Pani Małgorzata odpowiedziała krótko:
– To był człowiek, z którym przeżyłam trzydzieści lat małżeństwa.
W tych kilku słowach zmieściło się bardzo wiele.
Trzydzieści lat wspólnego życia. Codzienność, obowiązki, radości i trudniejsze chwile. Przez wszystkie te lata byli obok siebie. A pani Małgorzata trwała przy mężu także wtedy, gdy choroba odbierała mu siły. Do samego końca.
Pan Krzysztof zostawił po sobie dom, który własnymi rękami wybudował. Dom, w którym pani Małgorzata nadal mieszka. I za ten dom, za wspólne życie i za wszystkie lata, jest mu dziś wdzięczna.
Proszę państwa, są chwile, wobec których język ustępuje miejsca ciszy.
Nie dlatego, że brak nam słów, lecz dlatego, że każde z nich wydaje się zbyt małe wobec tego, co się kończy i wobec tego, co pozostaje w sercach najbliższych.
Oto kres ziemskiej drogi, który nie daje odpowiedzi na wszystkie pytania.
A jednak właśnie w tej ciszy trwa pamięć.
Nie potrzebuje wielkich gestów ani uroczystych deklaracji.
Trwa wiernie. Tak jak trwa wdzięczność.
Tak jak trwa człowiek w pamięci tych, którzy go naprawdę kochali.
Tej ostatniej chwili będzie towarzyszyła nam muzyka, której pan Krzysztof słuchał, a dużo muzyki słuchał… Pink Floyd to był jeden z jego ulubionych zespołów, a w utworze High Hopes David Gilmour śpiewa takie słowa:
Za horyzontem miejsca, gdzie żyliśmy za młodu
W świecie uroków i cudów
Nasze myśli błądziły nieustannie i bez granic
Oto rozbrzmiał Dzwon Podziału.
Wiecznie obarczeni pragnieniami i ambicjami,
Wciąż czujemy niezaspokojony głód.
Nasz udręczony wzrok wciąż zbacza na horyzont,
Choć jest to droga, którą tyle razy już szliśmy.
Trawa była zieleńsza
Światło – jaśniejsze
Smak – słodszy
W cudowne noce.
Otoczeni przyjaciółmi.
Mgła świtu błyszczała.
Woda płynęła
Niekończonym się potokiem.
Na zawsze i bez końca.
Cześć Jego pamięci!

