06.07.26 na Powązkach Wojskowych, Cmentarzu, na którym prostują się myśli, wnuczka Pani Magdalena Kostrzewa i najbliżsi znajomi, sąsiedzi pożegnali Ukochaną Babcię Pani Magdy, Irenę Jurczak (97). To było piękne, prawdziwe życie. To był pogrzeb katolicki, celebrowany przez ks. Andrzeja Kamińskiego. Ja byłem Mówcą Pogrzebowym. Niżej Mowa Pożegnalna, którą wygłosiłem podczas pogrzebu.
To piękne, prawdziwe życie trwało 97 lat. Wszyscy najbliżsi Pani Ireny już odeszli. Pani Magda jest wnuczką siostry Pani Ireny, ale to ona, Pani Irena była dla niej naprawdę babcią, i nie tylko. Ciocia Irena, Babcia właśnie… Jest w tym jakaś niezwykła symbolika, że żegnamy dziś Panią Irenę właśnie w dniu jej dziewięćdziesiątych siódmych urodzin. Jakby koło jednego życia zatoczyło pełny krąg. Umarła przez chorobę nowotworową mózgu, odeszła we śnie, a ostatnie trzy tygodnie spędziła w hospicjum, nie było już ratunku… Nic nie wskazywało na tę chorobę, miewała zawroty głowy, ale do tego momentu była samowystarczalna i sprawna i sama dawała sobie radę. Była samodzielną, starszą Panią, nie dawała sobie pomóc, choć pani Magda i pan Michał w każdej chwili byli do dyspozycji… Do końca swojego życia była świadoma, ale przez afazję nie mogła już mówić, powiedzieć tego, co myślała, wyrazić swoich uczuć… Źle znosiła koniec swojego życia, była świadoma, co przed nią… ale zachowywała się tak, jakby chciała już odejść… zresztą nie chodziło tu tylko o te ostatnie tygodnie życia.
Była warszawianką z Woli. Przeżyła Powstanie Warszawskie. Przeżyła wypędzenie z Warszawy i przymusowe roboty. Dwóch jej braci zostało rozstrzelanych przez Niemców podczas rzezi Woli. To są doświadczenia, których nie sposób unieść bez śladu. Może właśnie dlatego była kobietą twardą, dzielną i odporną.
A jednak, kiedy wspomina się Panią Irenę, wojna nie jest pierwszym obrazem, który przychodzi na myśl. Pierwszym jest Karol. Miłość jej życia. Sześćdziesiąt lat wspólnego małżeństwa. Była to miłość niezwykła – oparta nie tylko na uczuciu, ale także na przyjaźni, wzajemnej fascynacji, szacunku i odpowiedzialności. Artur Rojek śpiewa: „Kochać to za mało, wciąż cię lubię”. Trudno znaleźć lepsze zdanie opisujące ich małżeństwo. Robili wszystko razem. Podróżowali. Rozmawiali godzinami. Byli ciekawi świata i ludzi.Oboje byli świetnie wykształceni. Razem pracowali w zakładach Zelmot. Pan Karol był utalentowanym wynalazcą motoryzacyjnym – do dziś w samochodach Forda można odnaleźć ślady jego pracy. Pani Irena była księgową. Nieprzeciętną. Bezbłędną w rachunkach, ale jednocześnie zaskakująco nowoczesną i niezależną w myśleniu.
Miała własne poglądy na religię, politykę i życie społeczne. Czytała bardzo dużo – właściwie do końca życia. Była ciekawa świata, dociekliwa i niezwykle interesująca w rozmowie. Potrafiła dyskutować niemal o wszystkim. Po przejściu na wcześniejszą emeryturę zaczęli z Karolem żyć dokładnie tak, jak chcieli. Byli bardzo towarzyscy. Kochali podróże. Celowo wybierali nowe miejsca, bo szkoda im było życia na powracanie tam, gdzie już byli. Z łatwością nawiązywali znajomości nawet z zupełnie obcymi ludźmi. Dzisiaj to rzadki dar. Pani Irena wspaniale gotowała. Spotkania u Ireny i Karola to były wydarzenia, na które czekała rodzina i przyjaciele. Była duszą towarzystwa. Kochała muzykę klasyczną i Skaldów.
Dla Pani Magdy była kimś absolutnie wyjątkowym. Po śmierci mamy to właśnie Babcia Irena stała się najważniejszym punktem oparcia. Była nauczycielką odwagi. Powtarzała wnuczce słowa, które zostały z nią na całe życie: „Bój się. To normalne. Ale idź.”Psycholog z zawodu, Pani Magda do dziś wspomina ich wspólne zabawy. Oglądały razem telewizję – choć sama Pani Irena znacznie bardziej od telewizji kochała książki – i próbowały odgadywać charaktery, oraz losy ludzi pojawiających się na ekranie. Była to zabawa, ale też piękna lekcja uważności na drugiego człowieka.
Potem nadszedł rok 2018. Śmierć Karola zmieniła wszystko. Tak silna kobieta nie potrafiła poradzić sobie z utratą człowieka, który przez sześćdziesiąt lat był całym jej światem. Zapadła na ciężką depresję. Zaraz po pogrzebie usunęła z domu wszystkie rzeczy męża, jakby chciała uciec przed każdym wspomnieniem. Przestała spotykać się z ludźmi. Zamknęła się na przyjaciół i sąsiadów. Odmawiała leczenia, chowała leki, traciła apetyt. Powoli gasła. Nie dlatego, że przestała kochać życie. Być może dlatego, że nie potrafiła już żyć bez miłości swojego życia. Zniknęło jej poczucie humoru. Zniknęła dawna ciekawość świata. Coraz bardziej wycofywała się z rzeczywistości, którą kiedyś tak bardzo kochała.
Pani Irena była prawdziwą damą. Patrząc na fotografie, trudno było nie pomyśleć o Toli Mankiewiczównie. Pani Irena miała niezwykłą urodę, elegancję i dobry gust. Przemijanie nigdy nie było dla niej łatwe, ale piękną kobietą pozostała do końca.
To była jedna z tych wspaniałych Polek, XX wieku, patriotek, które przetrwały wszystko i mimo wszystko zawsze miały w sobie radość życia i nadzieję. Tak było do śmierci ukochanego męża Karola.
Ale historia Pani Ireny i Pana Karola jest czymś więcej, niż historią jednego małżeństwa. Jest historią całego pokolenia.
Pokolenia ludzi, którym wojna odebrała dzieciństwo i młodość, a mimo to potrafili odbudować swoje życie i nasz kraj.
To było pokolenie wierne. Wierne pracy. Wierne małżeństwu. Wierne przyjaźni. Pokolenie, dla którego jedno miejsce pracy mogło być całym zawodowym życiem. Jedno małżeństwo mogło trwać sześćdziesiąt lat. A przyjaciele naprawdę byli „na całe życie”.
Nie był to świat łatwy. Był budowany na ruinach. I chyba właśnie dlatego ludzie tamtego pokolenia nie mieli luksusu ciągłego narzekania. Po prostu żyli. Pracowali. Kochali. Budowali.
Żegnamy Babcię Irenę, która przetrwała wojnę, utratę rodzeństwa, trudną historię swojej Ojczyzny, a mimo wszystko przez większą część życia zachowała pogodę ducha, ciekawość świata i radość i która – na przekór czasom i okolicznościom – potrafiła być wolna.
Żegnamy Kobietę, która kochała naprawdę. Żegnamy piękne, spełnione życie.
I pozostaje mieć nadzieję, że po tak długiej rozłące odnalazła już swojego ukochanego Karola.
(Mówi Pani Magda…)
Temu pożegnaniu będzie nam towarzyszył utwór Waloyo Yamoni skomponowany przez Christophera Tina, w 2014 roku. Kompozycja jest oparta na tradycyjnej pieśni z Ugandy (w języku lango), a jej tekst jest modlitwą o deszcz.
„Niech nadejdzie deszcz.
Niech spadnie obficie na ziemię.
Wraz z deszczem przyjdzie życie i nadzieja.
Niech cieszą się kobiety.
Niech cieszą się dzieci.
Niech ludzie śpiewają i tańczą.
Niech spichlerze wypełnią się ziarnem.
Niech zbiory będą obfite.
Niech całej wspólnocie dobrze się wiedzie”.
Ta pieśń wyraża nadzieję, mimo wszystko. Według Pani Magdy to idealny utwór aby pożegnać Babcię Irenę. Zaczynamy…

