Pogrzeb Danuty Roguskiej

Danuta Roguska. Mowa Pożegnalna

28.08.26 w Sali Pożegnań na Cmentarzu Powązki Wojskowe, a następnie na Cmentarzu Parafialnym w Rembertowie, Najbliżsi pożegnali Danutę Roguską (84), Panią Danutę… Kobietę z silnym charakterem, osobowością i poczuciem humoru… Ceremonię otworzyła i zamknęła Agnieszka Osiecka i Seweryn Krajewski swoimi genialnymi utworami „Niech żyje bal” w wykonaniu Maryli Rodowicz i „Wariatka tańczy” w wykonaniu Igora Herbuta… Zaszczytem było dla mnie poprowadzenie tej Ceremonii…

„Niech żyje bal!
Bo to życie to bal jest nad bale.
Niech żyje bal!
Drugi raz nie zaproszą nas wcale.
Orkiestra gra!
Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte.
Dzień warty dnia!
A to życie zachodu jest warte”.

Witam Państwa, Uczestników Ceremonii, podczas której pożegnamy Panią Danutę Roguską… i nie będzie to pożegnanie kogoś, kto, PO PROSTU przeżył osiemdziesiąt cztery lata…

Pani Danuta… jak żyła, jak patrzyła na świat i ludzi, jak myślała, czuła, wybierała, jak wyrażała swoje zdanie, swoje zachwyty i swoje niezgody?..

Agnieszka Osiecka w słowach do „Niech żyje bal” mówi do nas:  każde życie jest tylko naszym balem. Jest czasem, który dostajemy i którego nie możemy zatrzymać. Wchodzimy na ten parkiet bez własnej zgody, tańczymy – każdy po swojemu – a potem przychodzi moment, kiedy muzyka cichnie.

Pani Danuta zostawiała ślad. W każdym, kogo spotkała na swojej drodze — i nieważne, czy byli to Jej Najbliżsi, czy ludzie, których spotkała tylko raz…

To nie zdarza się często, ale po Jej śmierci Najbliżsi zaczęli pisać o Niej i do Niej listy. Powstaje z nich portret – pełny wspomnień, emocji, drobnych szczegółów, jakby to były próby zatrzymania Jej na chwilę jeszcze. Jakby pisanie o Niej i do Niej było potrzebą serca, a może także pewnym emocjonalnym zobowiązaniem wobec kogoś, kto w ich życiu był ważny.

Będę je cytował podczas tego Pożegnania. Bo być może właśnie w nich – bardziej niż w jakimkolwiek opisie – można odnaleźć Panią Danutę taką, jaką była… Posłuchajmy na początek, wspomnienia napisanego przez Panią Ewę, siostrę Pani Małgorzaty…

„Od prawie 10 lat wszystkie święta Danusia spędzała w Gnieźnie. Zawsze elegancka i dowcipna. Była bezproblemowa. Przebywając u nas nie zabiegała o  uwagę, zajmowała się sobą. Czytała książkę, głaskała psy, co dla pozostałych domowników przygotowujących święta było zbawienne.

Danusia kochała słodycze, których choroba praktycznie jej pozbawiła. Krzysiek restrykcyjnie przestrzegał zakazu. Dlatego wykorzystywała każdą chwilę, aby skorzystać z nadarzających się okazji do konsumpcji. A w Gnieźnie okazji miała wiele. Smaczne ciasta, torty, cukierki na wyciągnięcie ręki to był raj dla Danusi. Kiedy nasi rodzice próbowali z troską zapanować nad apetytem mówiąc, „Danka chyba nie powinnaś, Krzysiek nie będzie zadowolony” odpowiadała z rozbrajającym uśmiechem „przecież nie widzi, prawda?”. Nikogo, więc nie dziwiło, kiedy spośród pięknych prezentów największą radość sprawiały jej czekoladki. Najbardziej wyczekiwane i tylko jej.

Choroba w większości zatarła jej pamięć, ale nie pozbawiła ciekawości. Wielokrotnie pytała o nazwy przedmiotów, potraw, kwiatów, wszystkiego co ją otaczało, a czego nie potrafiła określić słowami. Kiedy rozwiązywałyśmy  zadania  poprawiające pamięć, choć się złościła to była zadowolona. Konsekwentnie pomimo trudności dopytywała się o „pierwsze litery”, niewybrednie komentowała autorów ćwiczeń i domagała się kolejnych zadań. Miała w sobie upór, który ją motywował i determinację nawet wbrew sobie. W Gnieźnie czuła się swobodnie i coraz rzadziej maskowała słabości wynikających z choroby. Ku radości domowników.

Nie unikała codziennych obowiązków i bardzo chętnie pomagała w pracach domowych. Zwyczajne obieranie warzyw dla osoby zdrowej to drobnostka, ale dla osoby, która przeżyła trzy udary to wyczyn. Mimo to Ona to lubiła. Wtedy czuła się potrzebna, ponieważ  dla niej to była praca, której tak oczekiwała.

Danusia uwielbiała zwierzęta. Codziennym rytuałem było dzielenie się z Mańkiem śniadaniem, co nie budziło zadowolenia domowników. Przyjeżdżając do Gniezna zajmowała się już dwoma psami, których imiona  – o dziwo- zawsze pamiętała Maniek i Mela. Była sprawiedliwa nie faworyzowała żadnego z nich i  każdego obdarzała czułością. Taka była też dla ludzi.

Krótkie wakacje w pierwszej stolicy Polski nie były pretekstem do urlopu od ćwiczeń fizycznych i spacerów. Nie wykonywała ich z aprobatą, ale skoro „syn każe, Danusia musi”, dla zdrowotności. To był kolejny powód do droczenia się z Krzyśkiem, więc  kiedy żadne tłumaczenia nie skutkowały…  ćwiczyła, bo trudno przeciwstawić się autorytetowi. A Krzysiek autorytetem dla niej był.

Ostatnie 13 lat Danusia mogła przeżyć w szczęściu dzięki swojemu synowi, który przez te lata swojego życia poświęcił mamie. Codzienna dbałość o Danusię była powalająca. Dbanie o wygląd, kręcone loki, makijaż, piękne stroje to wszystko powodowało, że prezentowała się , jak z żurnala. I bardzo to lubiła. Całe życie Krzysztof podporządkował mamie, a ona odwdzięczyła się Jemu cichym, spokojnym odejściem. Emanowała uśmiechem i serdecznością i taką ją zapamiętamy.Ewa”

Właśnie… ostatnie trzynaście i pół roku życia Pani Danuty było czasem szczególnie trudnym – dla Niej i dla Jej syna Krzysztofa. Po serii udarów w 2013 stan Jej zdrowia pogarszał się. Do tego czasu, Pani Danuta była bardzo niezależna i żyła swoim życiem. Ale po 2013 roku pojawiły się problemy z pamięcią krótką i Pani Danuta wymagała całodobowej opieki. Potrafiła długo ukrywać postępy pogorszającego się stanu zdrowia. Robiła to inteligentnie i skutecznie. Opiekę nad Mamą wziął na siebie syn Krzysztof, podporządkowując Jej potrzebom swoje życie prywatne i zawodowe. Poczucie bezpieczeństwa Mamy i zapewnienie Jej kontynuacji życia sprzed choroby, w stopniu, w jakim było to możliwe, to było najważniejsze. Nie było to łatwe, zwłaszcza na początku. Na szczęście od dziesięciu lat nie był w tym sam – razem z nim była Małgorzata. We dwoje podjęli to trudne, ale jakże ludzkie wyzwanie. A Pan Krzysztof tak o tym napisał…

„Małgosiu, dziękuję Ci za miłość, jaką obdarzyłaś moją Mamę.

Za Twoją bezwarunkową pomoc – zawsze, w każdej chwili, bez pytania, bez oczekiwania czegokolwiek w zamian.

Dziękuję Ci za to, że nauczyłaś się mojej Mamy lepiej niż ja sam. Za cierpliwość, troskę i opiekę. Za to, że potrafiłaś zapewnić jej komfort i spokój wtedy, kiedy najbardziej tego potrzebowała.

Dziękuję Ci za bliskość i za zrozumienie człowieka, który znalazł się w chorobie. Za każdą rozmowę, każde dobre słowo, każdy dotyk i każdą chwilę czułości.

I dziękuję Ci za to, że o Mamie zawsze pamiętałaś.

Nawet wtedy, kiedy byliśmy daleko i wydawało nam się, że wyjeżdżamy tylko po to, żeby pobyć sami ze sobą. Mama i tak zawsze była gdzieś w Twojej uwadze. Zawsze znalazłaś chwilę, żeby pomyśleć o niej, zadzwonić, zapytać, czy wszystko jest dobrze.

To było coś niezwykłego.

Małgosiu, wiem, że moja Mama była dla Ciebie kimś więcej niż tylko moją Mamą. Stała się bliską Ci osobą. I wiem, że jej odejście boli również Ciebie.

Nie wiem, czy kiedykolwiek będę potrafił Ci się za to wszystko odwdzięczyć.

Mogę tylko powiedzieć: Dziękuję.

Dziękuję za Twoje serce.
Za Twoją obecność. Za cierpliwość. Za troskę. Za miłość.

Bardzo Cię kochamy, Małgosiu. Mama jest tam, a ja jestem tutaj”.

Pani Danuta odeszła w domu, spokojnie, wśród Najbliższych…

To posłuchajmy teraz wspomnienia Pani Bożeny Nowickiej McLees, kuzynki Pani Danuty…

„Znałam Danusię od dzieciństwa. Wzrastałyśmy na tej samej ulicy Waryńskiego, od 1960 roku przemianowanej na ulicę Kacpury, w Rembertowie. Danusia była potomkiem dwóch silnych rodzin Onisków i Kościelskich.

Nasze mamy się przyjaźniły. Danusia była częstym tematem ich rozmów. Jej niezależność, fantazja, temperament i ciekawość świata budziły zrozumiały niepokój.  Te cechy zagwarantowały jej w zamian ciekawe i pełne wzlotów życie. Była otwarta i ciekawa nowych ludzi, nowych miejsc i przygód wierząc w siłę swojego charakteru i przekonań.  Nigdy nie opuszczała jej przebojowość, chęć do działania i poczucie humoru. Z uśmiechem wspominam jej przekorne i zaczepne potyczki słowne z Krzysiem.

Była troskliwą matką.  Wartości, które przekazała swojem synowi zaowocowały ponad miarę. Dzięki niezwykłej opiece Krzysia przetrwała poważny kryzys zdrowotny.  

Do końca była integralną częścią jego życia. Dzielnie dotrwała zacnego wieku”.

Tak, Pani Danuta była osobowością. I na pewno była kobietą silną. Miała swoje zasady i mocno się ich trzymała. To właśnie one pomagały jej umiejętnie żyć wśród ludzi i z ludźmi. Potrafiła odnajdywać sens w codzienności, nawet wtedy, gdy życie nie było dla niej łaskawe. Siłę czerpała z pracy, ale także z ludzi, których miała wokół siebie – z przyjaciół, z relacji, z obecności drugiego człowieka. Nie lubiła słabości, ani u siebie, ani u innych, ale zawsze była gotowa osłabionym pomagać… Pan Krzysztof napisał:

„Mama była różna. Bywała stanowcza, czasem uparta, czasem zadziorna. Podejmowała w swoim życiu ważne decyzje, nie zawsze łatwe. Często kierowała się tym, co uważała za mniejsze zło. I nigdy nie miała potrzeby tłumaczenia się ze swoich wyborów. Nie opowiadała wszystkim, dlaczego postąpiła tak, a nie inaczej. Dzisiaj wiem, że tylko ona znała całą historię, wszystkie okoliczności i powody swoich decyzji.

Miała też w sobie niezwykłe poczucie humoru, lekkość bycia i umiejętność odpuszczania. Nie nosiła w sobie złości, zawiści, zazdrości, złych emocji. To pomagało jej iść przez życie po swojemu, lżej.

Imponowała mi.

Choć muszę przyznać, że przez wiele lat nie zawsze ją rozumiałem. Nie rozumiałem jej decyzji, jej zachowania, jej sposobu patrzenia na świat kiedy ktoś ją krzywdził. Schodziła w milczenie.

Dopiero po wielu latach, poznając jej historię, jej trudy, doświadczenia i powody, dla których podejmowała takie, a nie inne decyzje, zacząłem naprawdę ją rozumieć.

Mama poświęcała mi bardzo dużo uwagi. Byłem dzieckiem, delikatnie mówiąc, niezbyt grzecznym i nie zawsze usłuchanym.

Dzisiaj jestem jej za tę uwagę ogromnie wdzięczny.

Bo patrząc na siebie wiem, że wiele z tego, jaki jestem, zawdzięczam właśnie jej. Mam podobne spojrzenie na świat, podobne poczucie humoru, podobną potrzebę chodzenia własną drogą. I chyba dopiero teraz, kiedy jej już nie ma, widzę, jak wiele z niej jest we mnie. Jak dużo przez ostatnie lata dowiedziałem się o sobie samym dzięki Twojej chorobie. 

Opiekowanie się Tobą, Mamo to był zaszczyt. To było najbardziej wiarygodne zajęcie jakie w życiu swoim robiłem.

I choć dzisiaj żegnam Cię z ogromnym bólem, chcę pamiętać Cię taką, jaka byłaś – silną, niezależną, czasem zadziorną, pełną humoru i potrafiącą cieszyć się codziennością.

Mamo, odpoczywaj.

Ja będę niósł Cię dalej w sobie i  postaram się  nie zawieść.

Dziękuję Ci za wszystko. Do zobaczenia, Mamo”.

Mama w oczach Syna… Ale to nie jest jeszcze pełny portret, choć już wyrazisty… Do Pani Danuty swój list napisała Pani Małgorzata…

„Danutko … Poznałam Cię kiedy byłaś już po udarach, ale nie żyłaś w swoim świecie. Na początku byłaś nieufna. Odczytywałaś reakcje syna i z uwagą obserwowałaś świat i ludzi. Z biegiem lat, powoli nabierałaś zaufania i dopuszczałaś do siebie. Byłaś ze swoimi myślami, ale w naszym świecie. Uczestniczyłaś w spotkaniach, zaciekawiona i czujna . Rozbawiałaś i intrygowałaś nas i naszych znajomych.

Miałaś niebywałą intuicję. Czasami jednym zdaniem, dość lakonicznym potrafiłaś określić coś, lub kogoś, co my ujęlibyśmy w wielu, zbędnych słowach.

Lubiłaś się droczyć, szczególnie z Krzyśkiem, to była Wasza gra.   Głupie miny, gonitwy po pokoju, wymyślone słowa to były chwile kiedy zamienialiście się rolami. Byłaś jak dziewczynka, która świetnie się bawi. Słowa Ci uciekały, ale przyjmowałaś to z cierpliwością i karciłaś swoją głowę, jakby była osobnym bytem. Na to też znalazłaś rozwiązanie i z łatwością wymyślałaś zamienniki. Chusteczka była smarkoliną, a kosmetyczna – pindlem; tak doskonale maskowałaś chorobę. Ze sprytem i inteligencją. Przykładów było wiele.

Kiedy pielęgniarka pytała „co Pani jadła na śniadanie?” odpowiadałaś „to co dali”. Jak rehabilitant sprawdzał pamięć pytając „jak mam na imię?” usłyszał „to Pan nie wie?”. Innym razem próbował naprowadzić na imię swojego syna Mikołaja „Pani Danusiu kto rozdaje prezenty?, odpowiedziałaś bez namysłu „ten kto ma”. Kiedy czegoś nie wiedziałaś prosiłaś o podpowiedź „ a pierwsza litera?” Tak było też z datą urodzenia:

Którego  dnia się urodziłaś?

25,

a miesiąc  na literę  L?

lipiec

a rok

o to jest kwestia dyskusyjna.

Bo zawsze twierdziłaś, że jesteś młodsza od nas. Miałaś cyrkularną wizję świata i byłaś konsekwentna. Niejednokrotnie przepuszczając nas przed schodami mówiłaś „starsi przodem”, kiedy indziej pytałaś „czy w domu jest ktoś dorosły?”.

Raz byłaś dziewczynką, innym razem  matroną, która wątpliwości rozwiewała słowami „ważne jest  kto mówi, a później  co mówi”, albo „zachowuj się byle jak, ale się zachowuj”. Innym razem upominałaś „pal, pal, a dzieci będą boso chodzić”. Śpiewałaś biesiadne „a hahary piją,…” czego nie lubiliśmy, a Ty nie rozumiałaś dlaczego to brzydkie. Podobał się Tobie rytm i ostatnia fraza „gdzie to mają”. To było jak manifest. Nie przejmowałaś się opinią innych, nie klękałaś przed losem. Nie oceniałaś, bo wiedziałaś, że „każdy ma na coś chęć”.  Nie lubiłaś kiedy ktoś oceniał Ciebie. „Nie patrzyłaś do lustra”, aby podobać się innym. Choć nie ukrywajmy lubiłaś komplementy. Byłaś przekorna. I może na przekór wszystkim nie okazywałaś swoich emocji, uśmiechałaś się nawet kiedy nie było Ci do śmiechu. W sercu chowałaś czerwoną udrękę odzianą w czerwoną sukienkę. Nie narzekałaś, a jak było źle kwitowałaś „oby gorzej nie było”. A kiedy przyszedł ten czas, że było gorzej zaskoczyłaś nas czułością. Chciałaś się przytulać, domagałaś się „daj mi buzi”  i trzymałaś nasze dłonie z całych sił.

Byłaś wolna i niezależna, bo nawet po udarach mogłaś taką być …. dzięki Krzyśkowi. On przez ponad 13 lat pielęgnował  Twoją wolność, walczył o Twoją godność kiedy ktoś próbował ją naruszyć, dbał o Twój wizerunek, tak jak chciałaś. Każdego dnia wybierał ubrania, kręcił loki, o które tak uroczo dopytywałaś wieczorami słowami „łepek kręcimy?”. Pilnował badań, wizyt u lekarza, fryzjerki, manicurzystki i podologa. Zapewniał poczucie bezpieczeństwa i komfortu. Rzadko Go chwaliłaś, więc jak okazywałaś  wdzięczność, znaczyła dużo więcej. Podczas odwiedzin w szpitalu sprawdzaliśmy Twoją pamięć, pytając o nasze imiona. Moje przypomniałaś sobie po pierwszej literze wiadomo „na M”, a na  Krzyśka zareagowałaś bez namysłu z uśmiechem „przecież to mój anioł” .  W tych słowach było wszystko: miłość, wdzięczność i bezpieczeństwo.

Nie przepadałaś za kobietami, choć nigdy nie powiedziałaś dlaczego. Z tego powodu kiedy mówiłaś „Małgosiu bardzo Cię lubię” to był prawdziwy komplement. Nie tolerowałaś słabości zwłaszcza, jak sądziłaś, że ktoś je pielęgnuje, a nie stara się ich przezwyciężyć; a miałaś – nie wiadomo skąd – przeświadczenie, że może to zrobić. Za to ze zrozumieniem pochylałaś się nad tymi, którzy nie mieli możliwości albo dosyć sił, aby je pokonać. Ty to wiedziałaś. Chciałaś pomóc, choć nie wiedziałaś jak, więc nas dopytywałaś i nakazywałaś mówiąc „trzeba pomóc”. Nawet kiedy oglądałaś filmy ze scenami przemocy wobec słabszych reagowałaś cała sobą, zdziwieniem „jak tak można” i groźbami, jak Ty byś się zrewanżowała. Wtedy wracały wspomnienia z dzieciństwa i czego nauczyli Cię chłopaki z Rembertowa.

Bo jak wspominałaś to właśnie… dzieciństwo. Jak chowałaś się za nogami taty, aby uniknąć reprymendy mamy. Jak lubiłaś pastować drewnianą podłogę i zachwycałaś  się samą myślą o jej zapachu, jak bawiłaś się z bratem. Okres młodości kojarzył Ci się z pracą i przy tej okazji podkreślałaś, jak  praca jest ważna, bo „z czegoś trzeba żyć”. I tak też pozostało. Cały czas się dopytywałaś „czy coś zrobić”, „w czymś pomóc”. Nie żartowałaś szukając pomysłów  na biznes, a wyobraźni Ci nie brakowało, nawet po udarach.

Miałaś w sobie radar nastawiony na autentyczność. Z daleko rozpoznawałaś nieszczerość, fałszywe pochlebstwa i tandetne umizgi. Coś co charakteryzuje pokolenie Z. Tak jak oni teraz, Ty byłaś zachłanna życia, bo „kto powiedział, że wystarczy?”, więc chyba -mimo metryki- faktycznie byłaś młodsza od nas. 

A teraz młoda, lekka duchem i ciałem, prawdziwie wolna ruszaj w tan, wszak tamto życie to też jest bal. Małgosia”…

Szanowni Państwo, nawet nie próbujmy tego wszystkiego podsumować. Nie próbujmy porządkować, układać Pani Danuty w kilka zdań…

Bo kiedy słuchałem Państwa opowieści o Niej, pomyślałem sobie, że Pani Danuta prawdopodobnie by nas wyśmiała.

Może spojrzałaby na nas z tym swoim uśmiechem i powiedziała:„Naprawdę myślicie, że to cała ja?
Kochani… Wy mnie w ogóle nie znacie!”

I, czy nie miałaby racji?..  Bo człowieka nie da się zamknąć w jednej opowieści. Nie da się go podsumować. Zostawmy więc Panią Danutę nieopowiedzianą. Zostawmy Ją z Jej tajemnicami, z Jej śmiechem, z Jej charakterem i osobowością… a przede wszystkim – zostawmy Ją żywą w naszych wspomnieniach.

Szanowni Państwo, druga część ceremonii odbędzie się na Cmentarzu w Rembertowie i będzie miała charakter rodzinny.

Urna z Prochami spocznie w grobie obok pierwszego syna Pani Danuty z pierwszego małżeństwa – Piotrusia, który umarł zaraz po porodzie. Takie było życzenie Pani Danuty…

Ta Ceremonia zaczęła się muzycznie i tak się zakończy…

„Szalona wiruje chusta,

Szalone wirują usta,

Ot, kaczałka, wariatka, ech

Nie patrzy do lustra.

Czerwona na niej sukienka,

Czerwona w sercu udręka,

Ot, kaczałka, wariatka, ech

Przed losem nie klęka”.

I znów Agnieszka Osiecka i Seweryn Krajewski… piękna pieśń z repertuaru Maryli Rodowicz, ale w wykonaniu koncertowym Igora Herbuta… Posłuchajmy,

ale  i popatrzmy…

(muzyka + fotografie)

Tam było słychać oklaski… Proszę Państwa, zgodnie z życzeniem Najbliższych pożegnajmy Panią Danutę Roguską… oklaskami!

Dziękuję Uczestnikom Ceremonii…

Przed Salą Pożegnań znajdziecie Państwo puszkę, skarbonkę, prosimy o datki na rzecz Hospicjum Domowego na Bielanach prowadzone przez Archidiecezjalny Zespół Domowej Opieki Paliatywnej, którego pomoc w opiece nad Panią Danutą była nieoceniona.

Proszę Państwa, powstańmy…

Proszę Asystę Domu Pogrzebowego Ameno o wyprowadzenie Urny z Sali Pożegnań…