Pogrzeb Pana Andrzeja

Andrzej Świtnicki. Mowa Pożegnalna

W piątek, 13.02.26 na Cmentarzu Bródnowskim najbliższa Rodzina pożegnała Zmarłego Andrzeja Świtnickiego (83). To była kameralna, ale wzruszająca Ceremonia, którą miałem zaszczyt prowadzić.  Piękne słowa pojednania z Ojcem wygłosił syn Zmarłego Pan Maciej Świtnicki. A poniżej Mowa Pożegnalna, którą napisałem i przedstawiłem podczas Ceremonii. 

Żegnamy dziś Andrzeja Świtnickiego,  człowieka o długim życiu, trudnym charakterze,  człowieka, który nie był łatwy w relacjach, który miał własne zdanie i własną wizję świata, z którą trudno było dyskutować.

Prawie całe swoje życie zawodowe przepracował w Instytucie  Optoelektroniki WAT, jako szlifierz polerownik szkła optycznego, był cywilnym pracownikiem Wojska Polskiego.

Praca była dla niego ważną częścią tożsamości i źródłem sensu.

Był Warszawiakiem  z krwi i kości…

Jego organizm powoli odmawiał posłuszeństwa, problemy z narządami wewnętrznymi, z układem ruchu, z płucami i sercem osłabiały go od wielu lat.

Korzystał z opieki medycznej, ale do lekarzy i ich zaleceń miał dystans, mówił: „co lekarze mogą wiedzieć, co mi dolega, sam to wiem najlepiej”… szukał alternatywnych porad, do których także się nie stosował…  Dla syna Macieja i jego żony Małgorzaty z którymi mieszkał, tu niedaleko, na Krasnobrodzkiej, opieka nad ojcem i teściem była wyzwaniem… zwłaszcza przez ostatnie dwa lata, a Pan Andrzej nawet nie podjął próby poddania się opiece zorganizowanej w Domu Opieki Społecznej… i nigdy się na nią nie zgodził.  

Ostatnie dwa tygodnie życia spędził w hospicjum w Legionowie. 

W życiu prywatnym nie był człowiekiem prostym.
Relacje rodzinne wymagały wysiłku, cierpliwości i wyrozumiałości ze strony bliskich, a On nie szukał kompromisów, nie lubił rad, ani ingerencji w swoje decyzje.
Chciał żyć na własnych zasadach — nawet wtedy, gdy zdrowie coraz bardziej go ograniczało. Do czasu, kiedy żyła pani Elżbieta, żona zmarłego i mama Tomasza i Macieja, a odeszła młodo, miała zaledwie 47 lat, ona dźwigała codzienność na swoich barkach, pan Andrzej  wybierał pracę, zresztą to bardzo charakterystyczny typ życia rodzinnego czasów PRL-u… 

Wiedzę miał ponadprzeciętną, choć ogólną i niepraktyczną, a interesował się różnymi aspektami życia… 

Miał marzenie, nazywał je Banderosą… chciał wyprowadzić się z Warszawy i zamieszkać, gdzieś na odludziu, w małym domku, jak rodzina Cartwrightów z telewizyjnego serialu „Bonanza”… ale nie dane mu było… to marzenie zrealizować… 

W latach 80-tych na parę lat zajął się szlifowaniem kamieni i oczek do wyrobów jubilerskich, w czym był dobry i współpracował z warszawskimi jubilerami…  nauczył się tego sam, korzystał tylko z fachowych podręczników… a robił to w domu, w jednym z pokoi, który powoli stawał się jego przestrzenią… a że był typem zbieracza, ta przestrzeń zamieniła się skład wszystkiego, bo jak twierdził: „wszystko może się przydać”… to nie było łatwe dla Macieja i Małgorzaty, którzy z nim mieszkali… 

Miał też słabość… a była nią gra w totolotka… chciał zdobyć duże pieniądze, przykładał do nich znaczenie i zawsze powtarzał: „otwierają  każde drzwi”…

Nie był człowiekiem idealnym. Nie był łatwy.
Nie był prosty w relacjach.  Żył po swojemu.
Niósł swój los tak, jak potrafił.

Ale dziś żegnamy go z szacunkiem –
nie za to, jaki „powinien być”,
lecz za to, jaki był. 

Bo każde życie, nawet trudne, nawet niełatwe w relacjach,
zasługuje na godne pożegnanie.

Cześć jego pamięci.