13.07.26 w Sali Pożegnań Cmentarza Komunalnego w Częstochowie, a później przy rodzinnym grobie na Cmentarzu Kule, Najbliżsi, mąż Zbigniew i córki Anna i Magdalena z Rodzinami, a także bardzo wielu Przyjaciół i Znajomych pożegnali Barbarę Paprotną (70). Pani Basia była Człowiekiem, który zawsze widział słoneczną stronę życia i wszyscy, Ją uwielbiali od pierwszego poznania. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem i wygłosiłem na tej Ceremonii.
Proszę Państwa,
Przed tą ceremonią uważnie przeczytałem klepsydrę. „Z głębokim żalem zawiadamiamy, że 9 lipca 2026 roku zmarła w wieku 70 lat kochana Żona, Mama i Babcia Barbara Paprotna.” Pod spodem tylko kilka słów:„Pogrążeni w żałobie Mąż i Córki z Rodzinami.”
To niewiele. Kilka zdań, które mają powiadomić o czyimś odejściu.
A przecież człowiek nigdy nie mieści się w kilku zdaniach. Między datą urodzenia, a datą śmierci pozostaje wszystko to, czego nie da się już zapisać na kartce: codzienność, cierpliwość, obowiązki, zmęczenie, czułość, miłość, drobne gesty, których nikt nie liczy, a które tworzą całe życie.
Bo człowieka poznaje się nie po wielkich słowach. Poznaje się go po tym, jak wraca do domu. Jak rozmawia z bliskimi. Jak patrzy na szczęście innych. Czy zostawia po sobie spokój, czy niepokój. Czy jego obecność była dla kogoś miejscem bezpiecznym…
Pani Barbara zmarła w szpitalu, po operacji tętniaka aorty brzusznej. Wszystko wydarzyło się nagle, prędko, za prędko i nikt nie był na to przygotowany… Kilka dni wcześniej poczuła się źle, ale jeszcze w dniu kryzysu była ze swoim mężem Zbigniewem na zakupach… córki Anna I Magdalena rozmawiały z mamą przez telefon. Słyszały, że głos miała jakiś nieswój, ale mówiła, że czuje się dobrze, że nic się nie dzieje. Na SOR trafiła wieczorem, po operacji pytany przez córki lekarz stwierdził, że stan jest krytyczny i sugerował, aby przygotować się na najgorsze. Córki Anna i Magda pożegnały się z mamą, Pan Zbyszek, mąż chciał zostawić ją w pamięci… taką, jaką była – jego ukochaną, piękną żoną…
To było wspaniałe, dobrane małżeństwo. Pani Basia i Pan Zbyszek przeżyli razem 47 lat. Wyprawy pana Zbyszka na ryby, czy grzyby to były jedyne momenty, kiedy nie byli razem. Wszystko razem robili i rozumieli się doskonale. Zawsze uśmiechnięta i pogodna pani Basia była gwarantem sukcesu tego małżeństwa… Pani Basia miała poczucie humoru, dystans do siebie, byłą „śmieszką” i potrafiła nie raz swoim charakterem ratować różne sytuacje. A przy tym była szczera i umiała rozmawiać z ludźmi. I była prawdziwą królową swojego królestwa, swojego domu. Pilnowanie „domowego ogniska” w wykonaniu Pani Basi, to nie był tylko wyświechtany frazes. Robiła to z zaangażowaniem, wykorzystując wiele swoich talentów i bardzo to lubiła… Do dziś córki Anna i Magda wspominają prane ręcznie przez mamę swetry, dlaczego robiła to ręcznie, przecież miała pralkę… ale te ręcznie prane swetry zawsze były jakby prosto ze sklepu… Kochała ogród… A dom państwa Paprotnych? To był… dom otwarty. Przewijało się przez ten dom mnóstwo ludzi, przyjaciół, znajomych i mniej znajomych… bliskość miejsca pracy pana Zbigniewa – warsztatu samochodowego, który prowadził, a pani Basia mu w tym pomagała – miała na to wpływ, ale nie to o tym decydowało… tylko otwartość pani Basi i pana Zbyszka w kontaktach z ludźmi… oni po prostu lubili ludzi. Nikomu niczego nie zazdrościli, wręcz przeciwnie. I zawsze można było na Panią Basię i pana Zbyszka liczyć. Pomocy potrzebującym nie odmawiali nigdy. I tak było do końca. Nikogo nie zostawiali w potrzebie. Taka była Pani Basia i taki był Pan Zbyszek… to też ich łączyło. Przez 47 lat.
Ale ten niezwykły związek mógł się nie udać… Przecież Pani Basia była urodzoną Szczecinianką, poznała swojego przyszłego męża, chłopaka z Częstochowy na jakiejś potańcówce… pani Basia nosiła wtedy okulary, ale na tę imprezę poszła bez… a miała piękne, niebieskie oczy… pan Zbyszek nie miał żadnych szans… musiał się zakochać… potem młodzi pisali do siebie listy, rzadko dzwonili, bo telefoniczne centrale międzymiastowe działały tak, jak działały, godzinami trzeba było czekać na połączenie… więc któregoś dnia pan Zbyszek wsiadł do pociągu relacji Przemyśl – Szczecin z pierścionkiem zaręczynowym w kieszeni i… tak to się zaczęło. Początki w Częstochowie, mieście zupełnie innym, niż jej rodzinny Szczecin nie były dla Pani Barbary łatwe, ale umiała w sobie pogodzić te dwa światy. Na pewno w tym pomagała jej naturalna otwartość na ludzi i rzadki dar zjednywania sobie innych. Gdziekolwiek się pojawiała, zostawiała po sobie życzliwość. I zawsze była tam, gdzie była potrzebna, nieważne, czy w Częstochowie, czy w Szczecinie. Na Barbarę zawsze można było liczyć. A do tego dużo czytała, była na bieżąco i… uwielbiała łyżwiarstwo figurowe… może dostrzegała w tej dyscyplinie sportu jakieś wyższe piękno, jakąś zapowiedź innego, piękniejszego świata? A może dlatego, że piękno zawsze przyciąga człowieka, nawet wtedy, gdy nie umie powiedzieć dlaczego.
Mamą pani Basia była otwartą, nie narzucała swoim córkom schematów, jak mają żyć. Prowadziła dla nich bezpieczny dom i bardzo o nie dbała. Magda, pani architekt z wykształcenia i przez lata wykonująca ten zawód, w jakimś trudnym do uchwycenia sensie spełniała marzenia swojej mamy, Anna – jak sama mówi o sobie – była takim trochę dzieckiem „diabłem”… ale paradoksalnie to właśnie ona, Anna żyje w sposób podobny do swojej mamy… Dzwoniły do siebie codziennie. Pani Basia, jako matka rozumiała coś bardzo ważnego, że każde dziecko ma swój charakter i swoje życie do przeżycia… Trzeba o nie dbać, ale nie kształtować na swoje podobieństwo… Ilu rodziców tak potrafi? I bardzo lubiła być babcią, kochała wnuka Mikołaja.
Proszę Państwa, to… kogo dziś żegnamy?.. Córki Anna i Magda mówią – mamę, ale dodają od razu – naszą najlepszą przyjaciółkę.
Przyjaciółkę, przecież nie tylko własnych córek, czy swojego męża, przyjaciółkę ludzi, życia, świata… Bo przyjaciel jest obecny. Żegnamy człowieka, który zawsze był na miejscu, zawsze wiedział co zrobić i jak się zachować… który cenił rytuały dnia codziennego i życia rodzinnego, te duże i małe, jak codzienny obiad; zawsze zupa i drugie danie z surówką. Żegnamy prawdziwą gospodynię, która prowadziła dom z niezwykłą starannością i wielką miłością.
A może urok pani Basi polegał też na tym, że umiała słuchać ludzi? Słuchać bez oceniania? I nie po to, żeby odpowiedzieć. Po prostu słuchała. To rzadka umiejętność… ale jakże ludzka i potrzebna… kiedy ludzie się słuchają, i dzięki temu rozmawiają ze sobą, to po prostu mogą być sobą we własnym towarzystwie. Takimi, jakimi są naprawdę, bez upiększania, bez udawania, bez tej całej ludzkiej komedii…
Władysław Bartoszewski powiedział kiedyś: „Warto być uczciwym, choć nie zawsze się to opłaca. Opłaca się być nieuczciwym, ale nie warto”. A Krzysztof Kieślowski: „W życiu najbardziej przeszkadzają mi łokcie i plecy. Chciałbym, żeby było więcej rozumu”… Oto cała Pani Barbara… Tylko pani Basia nie zostawiła po sobie wielkich deklaracji. Zostawiła coś ważniejszego. Życie, które było zgodne z tymi słowami. I właśnie dlatego dziś tak bardzo odczuwamy jej nieobecność.
Ale teraz, zanim utworzymy kondukt… oddajmy głos Pani Barbarze…
- Żegnam Cię, Mężu , Zbyszku, miłości mojego życia i dziękuję za to, że zawsze potrafiłeś mnie rozśmieszyć. Zawsze byliśmy jednomyślni w ważnych decyzjach i wspieraliśmy się wzajemnie. Teraz ja Cię chcę wesprzeć. „Nie przejmuj się”. Dbaj proszę o siebie i wspominaj momenty w których śmialiśmy się razem.
- Żegnam Cię moja córko Magdo i dziękuję za ciągłą troskę , o mnie i Tatę, za wielką empatię oraz za wsparcie…
- Żegnam Cię moja córko Anno i dziękuję za Twoją mądrość i konsekwencję. Zawsze mogłam liczyć na to że mnie wysłuchasz.
- dziękuję zięciowi Jerzemu – za Twoją solidność i za bycie oparciem i ostoją dla Ani.
- Żegnam mojego kochanego, pięknego, o wielkim sercu Wnuka Mikołaja i dziękuję Ci za uśmiech i radość i energię jaką zawsze masz w sobie. Jesteś wyjątkowy.
- Andrzejku, dziękuję za szczerość, pogodę ducha, nasze długie rozmowy i za umiejętność wyboru właściwych zachowań w trudnych sytuacjach.
Żegnajcie!
(przy grobie)
Śmierć zabiera człowieka w jednej chwili. Ale miłości nie potrafi zabrać. Ona zostaje. Czasem nawet staje się jeszcze bardziej wyraźna. Wspomnienia wracają niespodziewanie. W zapachu obiadu. W pustym fotelu. W ulubionej filiżance. W miejscu przy stole, które nagle pozostaje puste.
Dla Pana Zbigniewa Pani Barbara zostanie w sercu, jako miłość jego życia, jego piękna Basia… z którą stworzyli dom… bezpieczny, pełen szacunku, serdeczności, pełen ludzi… i pełen miłości.
Dla Anny i Magdaleny Pani Barbara pozostanie przede wszystkim mamą. Mamą, do której zawsze można było zadzwonić. Mamą, która potrafiła wysłuchać, nie oceniając. Mamą, która nie próbowała przeżyć życia za swoje dzieci, ale zawsze była obok, kiedy jej potrzebowały. To bardzo rzadka umiejętność. Mamą, która była najlepszą przyjaciółką.
Proszę Państwa, są chwile, wobec których język ustępuje miejsca ciszy. Ta jest jedną z nich. Nie dlatego, że brak nam słów, lecz dlatego, że każde słowo byłoby zbyt małe wobec tego, co się kończy i tego, co w nas pozostaje. Oto kres drogi, który nie daje odpowiedzi na żadne pytanie. A jednak właśnie w tej ciszy trwa pamięć. Nie potrzebuje ona form ani gestów. Trwa uparcie, jak wszystko, co naprawdę ludzkie. Zatrzymajmy się więc na moment. Nie po to, by zrozumieć – lecz by być. I zapamiętać Barbarę Paprotną. Na zawsze.

