pogrzeb w Wieluniu

Wioletta Bednik. Mowa Pożegnalna

02.09.26, na Cmentarzu Komunalnym w Wieluniu, Najbliżsi: mąż Robert, synowie Łukasz i Kacper, synowa Justyna i wnuk Jaś, a także tłum przyjaciół i znajomych pożegnali Panią Wiolettę Bednik (59). To było pełne wzruszeń Pożegnanie. Miałem zaszczyt prowadzić Ceremonię, a niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem…

Witam wszystkich Państwa, Uczestników Ceremonii, podczas której pożegnamy Panią Wiolettę Bednik.

Jeszcze 17 sierpnia obchodziła swoje 59 urodziny. 59 lat?! 

To przecież nie jest wiek na Odchodzenie.

59 lat to poukładane życie, doświadczenie, które przychodzi z czasem, i mnóstwo planów na przyszłość. To radość z życia rodzinnego, z bycia żoną, matką, teściową… i babcią. To życie, które jest rozpędzone, które ma swój rytm, swoje przyzwyczajenia, swoje małe i większe plany. Życie, które biegnie swoimi torami i wydaje się, że będzie tak biegło jeszcze bardzo długo.

Dlaczego? Dlaczego właśnie teraz?

Ale nie znamy odpowiedzi na takie pytania. Nikt ich nie zna. To jedna z największych tajemnic… życia. Tak — życia i jego końca.

Jeszcze cztery miesiące temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Do końca kwietnia Pani Wioletta pracowała, właściwie na pełnych obrotach. Była aktywna, miała swoje obowiązki, swoje miejsce wśród ludzi. I nagle zaczęło dziać się coś niepokojącego.

Poczuła się gorzej. Puchły jej nogi. Ale ponieważ była otoczona Najbliższymi, Najbliżsi zaczęli szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. I szybko okazało się, że to poważne problemy z wątrobą, zresztą — nie do końca wiadomego pochodzenia.

Pani Wioletta podjęła walkę. O swoje zdrowie. O siebie. O swoje życie.

I wierzyła do końca, że tę walkę wygra. Miała nadzieję, miała plany, myślała o przyszłości. Jej syn Łukasz mówi dzisiaj, że właściwie nie znał Jej od tej strony. Nie wiedział, że potrafi być takim „walczakiem”. A jednak była nim. Walczyła, choć przecież z każdym tygodniem stawało się coraz bardziej oczywiste, jak poważna jest sytuacja.

Choroba nie zatrzymywała się. Wręcz przeciwnie — rozwijała się w zastraszającym tempie. Pani Wioletta bardzo zmieniła się fizycznie. Traciła mięśnie, chudła, a do tego musiała walczyć z bólem. Lekarze w Łodzi, a potem w Warszawie, szukali sposobu, żeby Jej pomóc. Ale medycyna także ma swoje granice. Stan Jej zdrowia nie kwalifikował Jej do przeszczepu wątroby. Był pierwszy zabieg — udany. A potem drugi…

I z tego drugiego Pani Wioletta już się nie obudziła.

Jej Najbliżsi — mąż Robert, synowie Łukasz i Kacper, synowa Justyna — do końca byli świadkami Jej walki o zdrowie. Walki heroicznej, tym bardziej że Pani Wioletta wiedziała, jak bardzo jest chora.

I było, i jest to dla Nich niezwykle trudne doświadczenie.

Bo przecież jeszcze tak niedawno była zdrową kobietą.

Ostatni raz w szpitalu była przy narodzinach młodszego syna.

Kiedy to było? 28 lat temu.

I nagle, po tych 28 latach, znalazła się w szpitalu w sytuacji, której nikt z Nich nie mógł przewidzieć. Tak bardzo chciała być wyleczona.

Tak bardzo chciała żyć. I chyba właśnie dlatego tak trudno dzisiaj pogodzić się z Jej odejściem.

Pani Wioletta Bednik… Odeszła 28 sierpnia.

Miała 59 lat.

Lubiła ludzi i była lubiana.

Nie dążyła do konfliktów. Raczej szukała porozumienia, spokoju, normalności. Tego, żeby można było ze sobą być, rozmawiać, pracować, żyć — bez niepotrzebnych sporów.

Była wielunianką, tak jak Jej mąż — Pan Robert. Tu się poznali.

I to właśnie Wieluń był ich miejscem na Ziemi.

Lubiła to miasto i nigdy nie miała pomysłów, żeby stąd wyjechać. Tutaj było Jej dobrze. Tutaj było Jej życie. Tutaj był dom, rodzina, praca, znajomi, codzienność, którą przez lata wspólnie z Robertem budowali.

Pani Wioletta pracowała w sklepie Action, tutaj, w Wieluniu. Była zastępcą kierownika i sprawdzała się w tej roli. Może właśnie dlatego, że lubiła ludzi. Potrafiła z nimi rozmawiać, współpracować, być blisko nich. A przecież kierowanie ludźmi nie polega wyłącznie na wydawaniu poleceń. Trzeba ich rozumieć. Trzeba umieć z nimi być. I chyba tę umiejętność Pani Wioletta miała.

Dla Pana Roberta była miłością Jego życia. I — jak mówi — najpiękniejszą dziewczyną na świecie.

Poznali się tutaj. Tu dorastali. Tu zaczęła się ich wspólna historia.

Pani Wioletta uczyła się w Wieluniu, a po latach, już jako dojrzała kobieta, studiowała zaocznie socjologię na Uniwersytecie Łódzkim. Takie były wtedy wymagania związane z awansami zawodowymi. Trzeba było się dokształcać, zdobywać kolejne kwalifikacje.

I zrobiła to. Bo Jej życie nie było przecież tylko domem i rodziną. Była kobietą aktywną, pracującą, mającą swoje ambicje i swoje miejsce w świecie.

Ale najważniejszy był dom. Lubiła swój dom i była prawdziwą gospodynią. Świetnie gotowała. Dbała o Najbliższych. Wiedziała, co komu smakuje, czego potrzeba, co trzeba zrobić. Dom był miejscem, o które się troszczyła — i miejscem, do którego można było wrócić.

W domu Pani Wioletta często była tą stroną łagodzącą nieporozumienia czy trudniejsze chwile. Nie potrzebowała wielkich słów. Czasem wystarczyła Jej obecność, czasem jedno zdanie, czasem po prostu zdrowy rozsądek.

Była dobrą Mamą. Opiekuńczą. I zawsze najbardziej zależało Jej na synach — Łukaszu i Kacprze.

Oczywiście, jak każda Mama, miała swoje zdanie. Nie zawsze akceptowała namiętność synów do świata cyberprzestrzeni. Być może czasami zastanawiała się, co oni właściwie robią przed tymi komputerami i dokąd ich te zainteresowania zaprowadzą.

Ale kiedy ich pasje zaczęły zamieniać się w zawody, kiedy okazało się, że to, co było dla Nich zabawą czy zainteresowaniem, może stać się także drogą zawodową — rozumiała.

I co bardzo ważne — nigdy nie narzucała synom swoich wyobrażeń o tym, jak powinni żyć. Nie próbowała przeżyć ich życia za Nich.

Pozwalała im wybierać. To wielka rodzicielska umiejętność.

Kochać, troszczyć się, czasami się martwić, mieć swoje zdanie — ale jednocześnie pozwolić dorosłemu dziecku być sobą.

Pani Wioletta uwielbiała podróże. Morze, plaża, słońce… To był Jej żywioł. Podróżowała z mężem Robertem, a rodzinna pamięć Państwa Bedników przechowuje między innymi wspomnienie wycieczki objazdowej samochodem po Turcji.

Dla Pani Wioletty i Pana Roberta podróże były czymś więcej niż zwykłym urlopem. Były swoistym rytuałem.

Planowali je długo przed rozpoczęciem kolejnej. Czekali na nie. Odliczali dni do wyjazdu. I — jak to zwykle bywa — zawsze brakowało urlopu. Zawsze chciało się jeszcze trochę zostać, jeszcze trochę popatrzeć, jeszcze raz zanurzyć nogi w morzu, jeszcze jeden wieczór spędzić gdzieś daleko od codzienności.

Bo podróżowanie było dla Nich także wspólnym przeżywaniem życia. Byli razem. Mieli siebie. Mieli swoje miejsca, swoje wspomnienia i swoje plany.

Podczas ostatnich wypraw zaczął towarzyszyć Im wnuk — Jaś. A Pani Wioletta uwielbiała być babcią.

Lubiła dom i ogród swojego syna Łukasza. Lubiła tę rodzinną przestrzeń, w której można było być razem trochę inaczej niż na co dzień.

Być może właśnie w swoim wnuku, Jasiu  widziała sens swojego życia?.. Kolejne życie, które dopiero się rozpędzało.

I chciała przy tym życiu być. Chciała patrzeć, jak Jaś rośnie.

Chciała mieć przed sobą jeszcze wiele takich zwyczajnych, rodzinnych dni. I jeszcze jedno, tak na koniec… Pani Wioletta uwielbiała zakupy. Może trochę ponad miarę?

Ale przecież i takie rzeczy zostają w pamięci.

Bo po człowieku nie zostają tylko wielkie wydarzenia. Zostają również drobiazgi. Charakterystyczne zachowania. Żarty. Przyzwyczajenia. To, co czasami wydawało się nam zwyczajne, a dzisiaj nagle okazuje się bezcenne.

I właśnie z takich drobiazgów składa się pamięć o człowieku.

Pani Wioletta Bednik…

W jednej z ostatnich swoich chwil prosiła — na co zwróciła uwagę Jej synowa Justyna — aby nikt nie był smutny na Jej pogrzebie.

To oczywiście niemożliwe. Jak nie być smutnym, kiedy żegnamy człowieka, który był częścią naszego życia?

Jak nie płakać, kiedy żegna się żonę, Mamę, teściową, babcię, przyjaciółkę, koleżankę? Nie da się.

Ale może spróbujmy spełnić przynajmniej część Jej prośby.

Niech więc smutek nie będzie jedynym wspomnieniem dzisiejszego dnia.

Zapamiętajmy Panią Wiolettę taką, jaką chciałaby być zapamiętana.

Pełną życia. Kochającą ludzi. Kochającą rodzinę. Czekającą na kolejną podróż. Może gdzieś na piękną plażę, nad ciepłe morze, w słońce? Bo przecież właśnie tam było Jej dobrze.

I może, kiedy za jakiś czas będziemy o Niej rozmawiać, zamiast pamiętać przede wszystkim ostatnie tygodnie choroby, szpital, ból i tę bezsilność, spróbujemy przywołać Ją taką, jaka była wcześniej.

Zdrową. Uśmiechniętą. W domu.

Na plaży, w Słońcu.  W samochodzie podczas kolejnej podróży.

Przy swoich synach i synowej. Przy wnuku Jasiu.

Obok Roberta.

Bo choroba była tylko ostatnim fragmentem Jej życia i nie może stać się całą historią o Niej. Całą historią jest 59 lat życia.

Życia przeżytego tutaj — w Wieluniu. Życia rodzinnego.

Życia pełnego zwyczajnych dni, które dzisiaj, po Jej odejściu, nabierają niezwykłej wartości.

Są chwile, wobec których język ustępuje miejsca ciszy. Ta jest jedną z nich. Nie dlatego, że brak nam słów.

Lecz dlatego, że każde słowo wydaje się zbyt małe wobec tego, co się kończy — i wobec tego, co w nas pozostaje. Oto kres drogi.

Kres, który nie daje odpowiedzi na żadne pytanie.

Nie odpowiada na nasze „dlaczego?”.

Nie tłumaczy, dlaczego właśnie teraz.

Nie mówi, dlaczego choroba pojawiła się tak nagle i dlaczego zabrała człowieka, który jeszcze kilka miesięcy temu miał plany, pracował, podróżował, cieszył się rodziną i myślał o kolejnych latach.

Ale być może nie wszystko musi mieć odpowiedź.

Być może są pytania, z którymi musimy po prostu nauczyć się żyć.

A jedną z odpowiedzi, którą możemy dać na śmierć, jest pamięć.

Bo właśnie w pamięci człowiek nie odchodzi całkowicie. Zostaje w opowieściach. W zdjęciach. W gestach. W potrawach, których smak przypomina dom. W miejscach, do których kiedyś razem jeździliśmy. W morzu, plaży i słońcu. Wreszcie — w drugim człowieku. W Robercie. W Łukaszu i Kacprze. W Justynie.W Jasiu.

W całej rodzinie i w tych wszystkich, którzy Panią Wiolettę spotkali i zapamiętali.

Zatrzymaliśmy  się więc na moment.

Nie po to, żeby zrozumieć. Nie po to, żeby znaleźć odpowiedź na pytania, na które odpowiedzi nie ma.

Lecz po to, żeby być.

Żeby podziękować Pani Wioletcie za Jej obecność w naszym życiu.

I żeby Ją zapamiętać. Nie z ostatnich tygodni. Nie ze szpitala. Nie z choroby.  Ale z całego Jej życia.

Kobietę, która lubiła ludzi. Kobietę, która lubiła swój dom. Kobietę, która kochała podróże. Kobietę, która chciała jeszcze żyć.

I która — choć Jej już z nami nie ma — pozostaje w życiu tych, którzy Ją kochali.

A człowiek żyje tak długo, jak długo trwa pamięć o Nim.

Zatrzymajmy tę pamięć. I zachowajmy Ją w sobie.

Na zawsze. 

Cześć Jej pamięci!