Pogrzeb Zdzisława Araśkiewicza

Czesław Araśniewicz. Mowa Pożegnalna

21.08.26 w Sali Pożegnań Domu Pogrzebowego Służew i na Cmentarzu Grabów w Warszawie Najbliżsi, przyjaciele i Znajomi pożegnali Pana Czesława, Sławka Araśniewicza (71). Było to wzruszające Pożegnanie pełnego ciepła, mądrego Człowieka. Niżej Mowa Pożegnalna, którą przygotowałem na tę Ceremonię.

„Żyć – powtórzył w duchu Pietro, patrząc na milczącego więźnia. Żyć, choćby w samym piekle. Żyć i robić tylko dobre rzeczy. Otwierać piwnice, wypuszczać więźniów i męczenników, dawać im chleb, mięso i zupę. Łagodzić ból tych, których poraniły zardzewiałe kajdany”.

To cytat z „Bohatera na ośle”, najbardziej znanej powieści Miodraga Bulatovicia, wybitnego, serbskiego pisarza. Przywołuję go nieprzypadkowo, bo jest w nim coś z życia, które mimo wszystko trzeba wybierać. I coś z człowieka, który nawet w najciemniejszym miejscu próbuje zrobić coś dobrego.

Pan Czesław… Sławek Araśniewicz znał tę książkę. Znał wiele książek. Czytał właściwie wszystko, co mogło mu powiedzieć coś o człowieku. Lubił Bulatovicia, Jerzego Pilcha i zapewne wielu innych pisarzy, o których można by dzisiaj długo mówić. Lubił czytać filozofów i biografie…

Ale ważniejsze od tego, co czytał, było chyba to, że czytanie było jego sposobem bycia w świecie.

Pani Monika wspomniała mi, że Pan Sławek był jej „przywódcą książkowym”.  Po prostu polecał jej książki, których sama jeszcze nie znała. Mówił: przeczytaj.

A przecież  jedna książka może zmienić coś w naszym myśleniu. O świecie. O innych. O nas samych. I myślę, że Pan Sławek wiedział, że najważniejsze książki nie kończą się na ostatniej stronie. Zostają w człowieku. Tak jak zostają ludzie, którzy odchodzą… bo czy na pewno odchodzą?

Witam Państwa, Uczestników Ceremonii, podczas której pożegnamy Pana Czesława… Sławka Araśniewicza…

Pan Sławek Araśniewicz odszedł w wieku 71 lat. Dziś powiedzielibyśmy: to jeszcze nie jest wiek, w którym człowiek powinien myśleć o końcu życia. Przeciwnie – 71 lat to dla wielu z nas wciąż pełnia sił. To czas, kiedy człowiek ma już doświadczenie, ale nie rezygnuje z planów. Ma za sobą wiele przeżytych lat, a jednocześnie wciąż patrzy przed siebie. Wciąż chce coś zrobić, gdzieś pojechać, z kimś porozmawiać, jeszcze czegoś doświadczyć. I może właśnie dlatego tak trudno nam dziś przyjąć, że Pana Sławka już z nami nie ma.

Odszedł spokojnie. Nawet w ostatniej chwili odmówił pomocy medycznej. Jego stan zdrowia – problemy z kręgosłupem, układem krążenia, POChP – pogarszał się z wiekiem, ale nie było w tym niczego, co zapowiadałoby tak nagły koniec. Brał leki przeciwbólowe, jak wielu z nas w tym wieku. Stan zdrowia Pana Sławka wyraźnie pogarszał się od czasu covidu. Tracił siły fizyczne i psychiczne, ale i tak trzeba powiedzieć, że odszedł niespodziewanie. Odszedł przy najbliższej osobie – przy Pani Magdzie, która jest lekarzem i widziała, co się dzieje. Dla niej był to szok i niedowierzanie.

Odszedł w swoim domu, w Ostrym Borze, niedaleko Wilgi – w swoim miejscu na ziemi. Tu właśnie Pan Sławek, już na emeryturze, czytał. Czytał, czyli był w swoim żywiole.

Pani Magda, która wciąż pracowała jako lekarz-stomatolog w Warszawie, regularnie dostarczała Panu Sławkowi nowe lektury. A Pan Sławek czytał wszystko. Dziś, w dobie szybkich mediów społecznościowych, może wydawać się to nieco archaiczne, ale nic bardziej mylnego. Pan Sławek przez całe swoje życie wiedział, że czytanie ma… kolosalną przyszłość.

Oglądał też telewizję, kanały informacyjne, był na bieżąco. Ale i tak z książkami żadne medium nie miało szans. No, chyba że telewizyjne transmisje sportowe, bo Pan Sławek kochał sport i był zapalonym kibicem. Piłka nożna, koszykówka, siatkówka, lekkoatletyka… Kibicował bardzo Idze Świątek i nie przegapił żadnego jej meczu. Może gdzieś w tej namiętności do sportu powracały jego młodzieńcze pasje? Przecież sam, będąc młodym chłopakiem, uprawiał lekkoatletykę, skakał wzwyż i biegał. Kto wie?

Pan Sławek był prawnikiem, prokuratorem. Studia prawnicze ukończył na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, a swoje losy zawodowe związał z Włocławkiem. Był profesjonalistą – skrupulatnym, rzetelnym i cenionym w środowisku. A do tego miał jeszcze cechę charakterystyczną dla każdego prawdziwego profesjonalisty, bez względu na fach: potrafił oddzielić życie zawodowe od prywatnego i nigdy nie przynosił do domu swoich zawodowych nastrojów ani problemów. Rzadka umiejętność. A jakże ważna w życiu.

Proszę Państwa, rozmawiałem z Najbliższymi – z Panią Magdą, z jej córką, Panią Moniką, z Panią Marzeną, siostrą Pana Sławka, i z jej mężem Markiem – o tym, jakim człowiekiem był Pan Sławek.

I wcale nie jest łatwo, podczas takiej rozmowy, opisać czyjeś życie.

Pani Magda i Pan Sławek poznali się trochę przypadkiem, u wspólnych znajomych. A potem przeżyli razem 25 lat. Jak podkreśla Pani Magda, potrafił wyrażać uczucia i o nie dbać. Córka Pani Magdy, Monika, bardzo ceniła Sławka – nie tylko dlatego, że był jej przewodnikiem po świecie książek, ale także dlatego, że bardzo kochał jej mamę.

Miał osobowość. Był ponadprzeciętnie inteligentny, zawsze miał coś ciekawego do powiedzenia i był… zwyczajnie mądrym człowiekiem.

A do tego miał w sobie jakieś ciepło, delikatność. Potrafił być opiekuńczy, ale wiedział, jak ważna dla każdego człowieka jest przestrzeń do życia, i tej przestrzeni nie naruszał. Wręcz przeciwnie. Był spokojnym człowiekiem, choć zdarzało mu się wybuchnąć. Sporadycznie. Po prostu był człowiekiem.

Bardzo dbał o relacje rodzinne. Był dobrym bratem, dobrym szwagrem. A Pani Marzena, jego siostra, wspomina niejedną wspólnie spędzoną chwilę. Wycieczki rowerowe, na przykład miesięczną wyprawę po Mazurach na początku lat 70. – wtedy to była zupełna sensacja. I podkreśla, że przez tyle lat brat i siostra właściwie nigdy się nie kłócili.

Dla dzieci Pani Moniki – Juli i Ali – był dziadkiem i uwielbiał nim być. „Dziadek Sławek” – tak Jula i Ala zwracały się do niego. Pan Sławek miał jakieś dobre podejście do młodych ludzi. Był na przykład także dobrym wujkiem – pewnie Pani Ola i Pani Beata to potwierdzą. I na pewno w tych rodzinnych relacjach pomagało jego szczególne, takie trochę angielskie poczucie humoru. Nikt nie nudził się w jego towarzystwie. Wręcz przeciwnie. Pan Sławek bywał duszą różnych towarzystw – i zawsze na wysokim poziomie.I bez przesady można powiedzieć: Pan Sławek był lubiany! Może to brzmi nieco trywialnie, ale dziś  to rzadka i pożądana społeczna cecha. Miał w sobie coś z łobuziaka. Z pełnego wdzięku łobuziaka. Prawda?

I… kochał konie! Tor na warszawskim Służewcu, gonitwy i wszystko, co związane jest z tym magicznym światem, to była jego prawdziwa pasja. Nawet kiedy zdrowie nie pozwalało już Panu Sławkowi uczestniczyć w najważniejszych gonitwach sezonu, Pani Magda przywoziła mu programy, a Pan Sławek nie przegapił żadnej relacji ze Służewca w internecie. Tak, to była autentyczna pasja. Ale cała rodzina Pana Sławka miała słabość do koni. W końcu na Służewcu pracowało dwóch braci dziadka Pani Marzeny i Pana Sławka. Mieli tam swoje stajnie. Końska rodzina, można powiedzieć.

Szanowni Państwo… Żegnamy Pana Czesława – Sławka Araśniewicza. Dobrego, ciepłego, mądrego człowieka… Człowieka, który palił jak smok…

(przy grobie)

Czesław, Sławek Araśniewicz. Prawnik, prokurator. Człowiek prawa. Ale miał też drugie życie — życie człowieka, który czytał. Dużo. Zachłannie. Wszystko, co było warte przeczytania.

Dlatego tę Ceremonię zacząłem od literatury — od cytatu z Bohatera na ośle Miodraga Bulatovicia, którego twórczość Pan Sławek cenił. A chciałbym ją zakończyć również literaturą, wierszem Tadeusza Różewicza z 1989 roku.

To zaledwie trzydzieści siedem słów.

Trzydzieści siedem słów, które wystarczą, żeby powiedzieć o odejściu więcej niż długie przemowy. O czasie, który przychodzi. O człowieku, który musi odejść. I o tym, co po nim zostaje.

Niech więc na koniec przemówi wybitny poeta.

A my — po prostu posłuchajmy.

Czas na mnie
czas nagli
co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic
więc to już
wszystko
mamo
tak synku
to już wszystko
a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie

Cześć Jego pamięci!