30.06.26 Najbliżsi pożegnali Eugenię Wrzesińską (88), tak naprawdę Ewę…
Bohaterkę wyjętą z powieści Alberta Camusa. Przyzwoitego, uczciwego człowieka. Niżej Mowa Pożegnalna.
Szanowni Państwo, witam Państwa, uczestników Ceremonii podczas której pożegnamy Eugenię Wrzesińską, Ewę, bo Eugenią byłą tylko dla urzędów… dla bliskich i dalszych, dla siebie była Ewą.
Śmierć zawsze przychodzi nie w porę. Nawet wtedy, gdy człowiek przeżył osiemdziesiąt osiem lat. Bo nie mierzymy życia kalendarzem. Mierzymy je obecnością drugiego człowieka. A tej obecności zawsze okazuje się za mało.
Pani Ewa przez całe życie wiedziała, że człowiek jest kruchy. Astma przypominała o tym niemal każdego dnia. A jednak nie żyła tak, jakby była chora. Przeciwnie. Żyła tak, jakby czasu było zawsze za mało.
Nie umiała usiedzieć w miejscu. Jej córka, pani Małgorzata mówi o Niej z uśmiechem: miała galopujące ADHD. To piękne określenie. Bo mówi więcej niż medyczna diagnoza. Mówi o człowieku, który nie chciał zmarnować ani chwili. Non stop w ruchu… Wulkan energii.
Dopiero ostatnie miesiące przyniosły zmęczenie. Udar, który przydarzył się w grudniu ubiegłego roku odebrał część sił. Powoli gasła. Mówiła czasem: chciałabym zasnąć i już się nie obudzić.
I właśnie tak odeszła. Cicho. We śnie. Tak, jak sama tego pragnęła. Na własnych warunkach.
Bardzo bała się szpitala. Bała się go od dnia, w którym nie wróciła stamtąd Jej mama. Tym razem również trafiła do szpitala niechętnie. Przed śmiercią powiedziała panu Jakubowi, Kubusiowi, jak go nazywała, przyjacielowi córki, że ma przeczytać „Chatę wuja Toma”. Jeszcze zostawiła komuś zadanie do wykonania, pracę domową… Jak nauczycielka, którą była przez całe dorosłe życie. Bo nauczycielem nie przestaje się być po czterdziestu latach pracy. To zostaje w człowieku.
Może dlatego mówiła trochę głośniej niż inni. Jakby wciąż stała przed klasą pełną dzieci, którym trzeba wyjaśnić świat.
A świat bardzo Ją interesował.
Czytała zachłannie. Biografie, powieści, wszystko, co pozwalało lepiej rozumieć ludzi. Potrafiła przeczytać grubą książkę w jedno popołudnie. Nie zdążyła skończyć wszystkich. Ostatnio czytała biografię Beksińskich… Nie skończyła. Ale przecież nikt z nas nie zdąży.
Kochała teatr i przeżywała chwile rodzicielskiej dumy, kiedy na małej scenie warszawskiego Teatru Dramatycznego widziała spektakl „Kobiety bez znaczenia” Alana Benneta w tłumaczeniu swojej córki Małgorzaty…
Kochała kino. Uwielbiała „Casablankę”.
Śledziła politykę i życie społeczne z takim zaangażowaniem, że nieraz… kłóciła się z telewizorem. To znaczyło tylko jedno. Świat nie był Jej obojętny. I miała dobry gust.
67 lat małżeństwa… pani Ewa i jej mąż pan Andrzej, lekarz dermatolog przeżyli razem 67 lat w małżeństwie. Silna, konsekwentna, mądra pani Ewa… to miało wpływ na to małżeństwo.
Nie była łatwą mamą. Rzadko rozdawała pochwały. Nie gotowała najlepiej – lane kluski przeszły do rodzinnej historii jako kulinarna zmora dzieciństwa Małgosi. Ale jednocześnie przeczytała swojej córce cały świat baśni. Zaszczepiła miłość do książek. Umiała rozpoznać talenty córki i doceniała jej inteligencję.
Uwielbiała podróże i na tych wyjazdach poszukiwała jakiś wyzwań. Niektóre z tych wyzwań pozostaną tajemnicą. I miała poczucie humoru, takie w stylu czarnego, angielskiego.
Pani Ewa była skromną, wręcz skrytą osobą. Ale była otwarta i po prostu była bardzo dobrym człowiekiem. I na tym ludzie, których spotykała na swojej drodze poznawali się od razu. Te znajomości, czy przyjaźnie trwały latami i to były znajomości na zawsze. Była pracowita i bardzo odpowiedzialna. Była odważna, a czasem nawet uparta. Może właśnie dlatego, opowiadając o swojej Mamie, pani Małgorzata najczęściej wracała do jednego określenia…
Przyzwoity, dobry człowiek. Nie wybitny. Nie idealny. Przyzwoity. To słowo brzmi dziś niemal skromnie. A przecież zawiera w sobie wszystko.
Nie krzywdzić. Nie udawać. Być odpowiedzialnym. Dotrzymywać słowa. Widzieć drugiego człowieka.
„Nieważne, kto kim jest. Ważne, żeby był porządnym człowiekiem.”
Tak mówiła pani Ewa. I tak żyła.
I jeszcze moja dygresja… ponieważ pani Ewa była miłośniczką literatury, szukałem autora, który pasowałby do Niej… I znalazłem, a w pokoleniu pani Ewy znali go wszyscy. Albert Camus, który pisał o przyzwoitości i godności człowieka. A pisał, że przyzwoity człowiek to nie ten, który zawsze ma rację. To ten, który mimo własnych słabości stara się nie krzywdzić innych. Nie dlatego, że liczy na nagrodę, nie dlatego, że boi się kary. Po prostu dlatego, że rozumie, jak ciężkie bywa ludzkie życie.
Camus pisał, że świat nie jest sprawiedliwy. Nie wynagradza dobra i nie karze zła. A jednak są ludzie, którzy każdego dnia wykonują swoją cichą pracę człowieczeństwa. Pomagają, gdy mogą. Nie odwracają wzroku od cudzej biedy. Nie wykorzystują słabszych. Nie czynią wiele hałasu wokół własnej dobroci. Po prostu pozostają przyzwoici. Mimo wszystko.
Camus pisał w Dżumie, że jedynym sposobem walki z „dżumą” świata jest uczciwość i przyzwoitość. A gdy jeden z bohaterów pyta, czym są ta uczciwość i przyzwoitość, odpowiedź brzmi: wykonywaniem swoich obowiązków.
I są ludzie, po których nie pozostają pomniki ani wielkie słowa. Pozostaje coś cenniejszego – pamięć, że można było na nich polegać. Że w świecie, który nie zawsze miał sens, oni starali się zachowywać godnie i przyzwoicie. I może właśnie to jest najważniejsze zwycięstwo człowieka nad absurdem losu. Pani Ewa byłaby idealną bohaterką w twórczości Alberta Camus.
Pani Małgorzato, chcę na koniec wyrazić mój szacunek, za każdą łzę, którą pani wypłakała podczas naszego spotkania, wspominając Mamę…
… powstańmy, bo to jest moment, kiedy rozpoczyna się ostatnia droga pani Ewy…
—————————————————————
Są chwile, wobec których język ustępuje miejsca ciszy. Ta jest jedną z nich. Nie dlatego, że brak nam słów, lecz dlatego, że każde słowo byłoby zbyt małe wobec tego, co się kończy i tego, co w nas pozostaje. Oto kres drogi, który nie daje odpowiedzi na żadne pytanie. A jednak właśnie w tej ciszy trwa pamięć. Nie potrzebuje ona form ani gestów. Trwa uparcie, jak wszystko, co naprawdę ludzkie. Zatrzymajmy się więc na moment. Nie po to, by zrozumieć — lecz by być. I zapamiętać Ewę… Eugenię Wrzesińską. Na zawsze.

