26.06.26 na Cmentarzu Bródnowskim w Warszawie, Najbliższa Rodzina i bliżsi i dalsi Znajomi pożegnali Renatę Puchałę (72), która była w ciągłym ruchu, miała w sobie radość życia i energię, którą dzieliła się ze wszystkimi. Miałem zaszczyt prowadzić Ceremonię Pożegnalną, a niżej tekst Mowy Pożegnalnej, którą przygotowałem razem z synem Pawłem i byłym mężem Andrzejem.
Idąc tu, od bramy Cmentarza Bródnowskiego myślałem o tym , że każdy z nas przez życie idzie własną ścieżką. Spotyka innych, rozstaje się z nimi, skręca w swoje strony. Ale są takie miejsca, w których się wszyscy w końcu spotykamy. To jedno z takich miejsc, cmentarz. Ale nie spotkaliśmy się tu po to, by zatrzymać śmierć, to niemożliwe, ale by pokazać, że nikt nie powinien odchodzić samotnie. I do pewnego momentu możemy jeszcze towarzyszyć Zmarłej, czy Zmarłemu. Możemy nieść kwiaty, wspomnienia, łzy. Ale wreszcie dochodzimy do tego miejsca, gdzie kończy się nasza droga razem. To jedna z najtrudniejszych prawd ludzkiego życia.
Witam Państwa, uczestników Ceremonii, podczas której pożegnamy Zmarłą Renatę Puchałę. Tak naprawdę Katarzynę, Kasię, bo pani Renata nie lubiła swojego imienia… Renatą była w urzędach. Dla siebie i dla świata bliższego i dalszego była Katarzyną. Warszawianką z krwi i kości. Witam Najbliższych, syna Pawła, synową Monikę, jedynego wnuka Antka i byłego męża Andrzeja. Witam wszystkich Państwa.
A jaka była Katarzyna? Kasia?
Przygotowując tę Ceremonię rozmawiałem z jej synem Pawłem i byłym mężem Andrzejem. Z ich opowieści wyłania się jedno słowo: ruch.
Była w ciągłym ruchu. Była człowiekiem, który nie potrafił długo pozostawać w jednym miejscu. Lubiła ludzi, rozmowy, spotkania. Lubiła śmiech. Była towarzyska. Potrafiła wejść do grupy obcych osób i po chwili czuć się wśród nich swobodnie. Tam, gdzie się pojawiała, wnosiła energię. I miała gust.
Lubiła zabawę, taniec, żagle na mazurskich jeziorach. Wspólnie z Andrzejem poznawała ludzi, a wiele z tych znajomości pozostawało na lata. Nie szukała samotności. Szukała obecności.
Tak samo było w pracy. Pracowała w wielu miejscach. Była bibliotekarką, technikiem dentystycznym, sekretarką, sprzedawczynią, przedszkolanką, sprzątała biura. Nie dlatego, że szukała kariery. Szukała ludzi. Każda kolejna praca była przede wszystkim kolejnym spotkaniem.
To była taka „kobieta pracująca” na wzór legendarnej postaci stworzonej przez Irenę Kwiatkowską w serialu „Czterdziestolatek”. Żadnej pracy się nie bała, byle wśród ludzi.
Może właśnie dlatego pozostawiła po sobie tyle życzliwych wspomnień. Umiała pomagać. Nie z obowiązku. Nie po to, by zasłużyć na wdzięczność. Po prostu dlatego, że drugi człowiek był dla niej ważny.
Była również matką Pawła. Mamą, która dawała wolność. Która nie chciała kontrolować każdego kroku swojego syna. W domu panowała swoboda, otwartość i zaufanie. To z tej przestrzeni wyrastała samodzielność i odpowiedzialność, które zostały z nim, Pawłem na całe życie.
A potem przyszła choroba.
Rozwijała się powoli. Długo nie przynosiła bólu. Ale odbierała coś innego. Odbierała ruch.
I może właśnie w tym kryje się jeden z paradoksów ludzkiego losu. Człowiek przez całe życie biegnie, szuka, spotyka ludzi, uczestniczy w świecie, aż pewnego dnia świat zaczyna się od niego oddalać. Powoli. Niepostrzeżenie.
Pani Katarzyna coraz więcej spała. Coraz mniej jej było pośród codziennych spraw. Pojawiła się depresja. Po ostatnich Świętach Wielkiej Nocy rozpoczęła się droga, z której nie było już powrotu.
W ostatnim miesiącu życia zdawała się być jednocześnie obecna i nieobecna. Jakby część jej wciąż była tutaj, a część już gdzieś dalej. Choroba odbierała siły, odbierała ciało, odbierała ciężar codzienności.
A jednak ostatnie dwa tygodnie przyniosły spokój. Jakby życie, zanim zgaśnie, chciało jeszcze na chwilę uciszyć własny niepokój.
Umarła cicho, w legionowskim hospicjum.
Syn Paweł był z nią do końca. Jeszcze dzień przed śmiercią był u mamy.
Siedemdziesiąt dwa lata.
Dla tych, którzy kochają, zawsze jest to liczba zbyt mała. Człowiek niemal odruchowo pyta: dlaczego właśnie tyle? Dlaczego nie więcej?
Ale los nie odpowiada na takie pytania.
Milczy.
I być może właśnie to milczenie najtrudniej przyjąć.
Tu, na cmentarzu, odczuwamy je szczególnie mocno. Widzimy jak kruche jest wszystko, co wydawało się trwałe. Człowiek przez lata buduje swoje życie, tworzy więzi, pracuje, śmieje się, cierpi, kocha. Potem przychodzi chwila, w której nie może już niczego zatrzymać.
Nie ma w tym sprawiedliwości. Nie ma też wyjaśnienia.
Jest tylko fakt.
A jednak człowiek nie jest wyłącznie tym, co kończy się wraz ze śmiercią.
Pozostaje w śladach, które zostawił w innych ludziach. W gestach pomocy. W rozmowach. W chwilach wspólnie przeżytych. W pamięci tych, którzy dziś tutaj stoją.
Dlatego Państwa obecność ma znaczenie.
Nie dlatego, że potrafi pokonać śmierć.
Ale dlatego, że jest odpowiedzią człowieka na jej milczenie.
Jesteśmy tutaj, ponieważ życie pani Katarzyny miało znaczenie. Ponieważ spotkała ludzi, którzy nie przechodzą dziś obok niej obojętnie.
Za chwilę odejdziemy stąd do swoich spraw. Tak jak zawsze odchodzi się z cmentarza. Ale przez jakiś czas jeszcze będzie nam towarzyszył jej śmiech, jej energia, jej nieustanny ruch.
A może właśnie to jest najwięcej, czego możemy oczekiwać od losu – pozostawić po sobie obecność w pamięci innych ludzi.
Dziś żegnamy Renatę. Katarzynę. Kasię.
I w ciszy, która pozostaje, zachowujemy jej miejsce pośród nas.

