Dziś na pięknym Cmentarzu Parafialnym w warszawskim Zerzniu, wpisanym do Rejestru Zabytków, Najbliżsi pożegnali Zdzisława Zgutkę, którego życie zakończyło się tragicznie. Miałem zaszczyt poprowadzić Ceremonię Pogrzebową, a poniżej mowa pożegnalna, którą przygotowałem i przedstawiłem podczas pogrzebu…
Śmierć zawsze jest nagłym pęknięciem między tym, co było, a tym, czego już nie będzie. A jednak stoimy dziś tutaj, próbując nadać sens życiu, które nieustannie wymykało się prostym definicjom.
Zdzisław Zgutka żył jakby na granicy dwóch światów. Na zewnątrz – obecny, wyrazisty, potrzebujący spojrzeń i uwagi innych ludzi. Dusza towarzystwa. Wewnątrz – zmagający się ze swoimi demonami, wrażliwy. Miewał stany depresyjne, z którymi próbował radzić sobie, bezskutecznie. To nie był jego wybór, lecz los, który nosił w sobie jak ciężar, którego nie potrafił zrzucić.
Był człowiekiem sprzeczności, a może po prostu człowiekiem w pełni – takim, który nie udaje, że życie jest spójne. W jego opowieści o sobie pobrzmiewał ton Hioba, jakby świat zbyt często wybierał właśnie jego, by doświadczać go ciężarem. Ale czy tak było naprawdę? Nie wiemy. Wiemy tylko, że tak to przeżywał i tak o tym mówił. Często to była kreacja jego wyobraźni… przez co relacje z najbliższymi bywały nieoczywiste.
W pracy układało mu się różnie, ale miał dobre, a nawet bardzo dobre okresy, zwłaszcza po podjęciu pracy w prywatnej firmie zajmującej się produkcją i sprzedażą okien, nawet został jej szefem. Po przejściu na emeryturę, życie nie układało się po jego myśli, miał problemy finansowe… też relacje z najbliższymi, z dziećmi nie były łatwe, zwłaszcza przez ostanie miesiące.
Kochał swoją mamę, Danutę. Ta miłość była jedną z niewielu rzeczy pewnych w życiu Zdzisława. Bardzo przeżył jej śmierć w 2010 roku… śmierć, która nie była dla niego wydarzeniem, które mija. Była czymś, co trwało. Może od tamtej chwili życie straciło dla niego część swojej oczywistości? Często mówił, że po śmierci chce być pochowany obok niej. I tu sprawami pokierował los – Zdzisław jest chowany w tym samym dniu, dziś jest 20 kwietnia, co jego mama 16 lat temu… Może mama Danuta tak chciała?
Ale… potrafił patrzeć. I to patrzenie było jego odpowiedzią na świat. Miał pasję do fotografii, w której nie szukał ucieczki, szukał obecności. Drzewa, ptaki w Parku Skaryszewskim, w Łazienkach, w Ogrodzie Botanicznym w Powsinie i światło nad Warszawą – zatrzymywał je, jakby chciał powiedzieć: „to istnieje, więc ja też jeszcze jestem”. W tych fotografiach było więcej prawdy, niż w słowach, które czasem go zawodziły.
Był Warszawiakiem z krwi i kości i kochał Warszawę. Chodził jej ulicami z aparatem, jak ktoś, kto próbuje zrozumieć miejsce i samego siebie jednocześnie. Może właśnie dlatego zostawił po sobie tysiące zdjęć, kwiatów, roślin, zwierząt, swojej ukochanej kotki Tootsie i Warszawy… jakby chciał ocalić coś, czego sam nie potrafił zatrzymać w sobie. Ale pod koniec życia, nagle sprzedał wszystkie swoje aparaty, jakby żegnał się ze swoją pasją, miłością, namiętnością… Tego gestu nie da się do końca wyjaśnić.
Tak jak nie da się wyjaśnić decyzji, którą ostatecznie podjął, bo to życie zakończyło się tragicznie. Zdzisław tak zdecydował, a ta decyzja nie mogła być dla niego łatwa. Zwłaszcza że, jak mówią jego siostry Bożena i Krystyna, od ostatnich świąt Bożego Narodzenia, Zdzisław był w dobrej formie, jakby pogodził się ze sobą i swoim życiem.
Nie jesteśmy tutaj, by jego decyzję osądzać. Śmierć nie rozwiązuje zagadki życia – czyni ją tylko bardziej widoczną.
Zdzisław nie był człowiekiem łatwym. Relacje z nim bywały trudne, niejednoznaczne. Ale czy istnieje proste życie? Każdy niesie swój ciężar – jego był po prostu bardziej widoczny.
Dziś nie żegnamy ideału. Żegnamy człowieka.
Człowieka, który próbował żyć na swój sposób.
Człowieka, który zmagał się z tym, czego nie potrafił nazwać.
Człowieka, który patrzył na świat uważniej, niż wielu z nas.
Może to wystarczy.
A może właśnie tyle znaczy być człowiekiem.
Cześć Jego pamięci.
Ale teraz oddajmy głos… Zdzisławowi…
Żegnam Was, moje dzieci Olu i Bartku i waszych najbliższych… i dziękuję za to że pomimo wielu trudnych momentów jakie spotkały was w młodym życiu… jesteście dojrzałymi i poukładanymi ludźmi.
Żegnam moje wnuki… Adama i Basię – dziękuję, że wnosiliście nowe światło w moje życie.
Żegnam moją byłą żonę Urszulę – i dziękuję ci za to, że mimo, iż nasze wspólne życie się rozpadło i nie było usłane różami, zawsze starałaś się żebyśmy przy świątecznym stole byli razem z dziećmi.
Żegnam moje kochane Siostry – Bożenę i Krystynę i wasze rodziny… i dziękuję ze to, że od najmłodszych lat, do samego końca, mimo różnych sytuacji wiedziałem, że mogę na was liczyć.
Żegnam mojego siostrzeńca Konrada – byłeś dla mnie jak drugi syn i miałem w tobie wsparcie.
Żegnam moją rodzinę ze Szczecina i dziękuję za każdą spędzoną razem chwilę.
Żegnam Was wszystkich tu obecnych i dziękuję za to że na każdym etapie mojego życia wnieśliście kamyczek do tego kim byłem. Dziękuję za wspólne wspomnienia i historie.
Żegnajcie!

