Szukam słów, które udźwigną pożegnanie. To nie jest poszukiwanie piękna. To próba znalezienia ciężaru właściwego chwili. Słowa mają moc – nie dlatego, że obiecują sens, lecz dlatego, że potrafią go nie udawać.
Podczas pogrzebów Mistrzowie Ceremonii często sięgają się po poezję. Być może dlatego, że wiersz nie tłumaczy świata. On go stawia przed nami i odchodzi. Ale wybór wiersza nigdy nie jest oczywisty. Trzeba wiedzieć, kogo żegnamy i mieć odwagę przyznać, że nie wszystko da się o nim powiedzieć. Jeszcze trudniej jest ten wiersz wypowiedzieć, tak, by nie zagłuszyć go własnym głosem, albo brakiem talentu.
Słowa ważą nawet wtedy, gdy jest ich niewiele. A czasem właśnie wtedy ważą najwięcej. Bywa, że trzydzieści siedem słów wystarcza, by odsłonić coś prawdziwego, coś, czego nie umiemy unieść w długich mowach, pełnych dobrych intencji i złudnego porządku.
Tadeusz Różewicz potrafił to robić. Jego prostota nie pociesza. Nie oferuje ulgi. Zmusza, aby spojrzeć wprost na to, co nieuchronne. Wiersz, który napisał w 1989 roku, wraca do mnie za każdym razem z tą samą siłą. Nie starzeje się, bo nie obiecuje niczego poza prawdą chwili.
Przeczytajcie go, proszę.
To tylko trzydzieści siedem słów.
Wystarczy.
Czas na mnie
czas nagli
co ze sobą zabrać
na tamten brzeg
nic
więc to już
wszystko
mamo
tak synku
to już wszystko
a więc to tylko tyle
tylko tyle
więc to jest całe życie
tak całe życie
Tadeusz Różewicz. Mistrz.

